Reklama

Marcin Dymała: Poznański zaciąg w Turowie? Miałem w tym swój udział. Musimy awansować

Choć dziś reprezentuje barwy Turowa Zgorzelec, Poznań wciąż zajmuje ważne miejsce w jego sercu. Koszykarz Marcin Dymała w rozmowie z Michałem Bondyrą opowiedział o powrocie na Plac Wolności na Festiwal Enea Basket na Wolności, o czasach gry w Enei Baskecie, o walce o pierwszą ligę oraz życiu koszykarskiego małżeństwa na walizkach, które namiętnie ogląda seriale.

Michał Bondyra: W Enea Basket na Wolności 3x3 zagrasz w niedzielę w eliminacjach do Mistrzostw Polski, czyli w qeuście. ZZ kim zagrasz?
Marcin Dymała, koszykarz Turowa Zgorzelec:
W zeszłym roku grałem w Poznaniu z Wojtkiem Frasiem, z Michałem Samsonowiczem i z Tomasem Davisem. Poziom był bardzo wysoki. Organizacyjnie też wszystko było dopięte na ostatni guzik. Dużo ludzi, którzy oglądali mecze. Fajne miejsce w samym centrum Poznania. A co do Twojego pytania. Jeszcze nie wiem do końca czy zagram, ale na pewno pojawię się na Placu Wolności, żeby spotkać się z kolegami z parkietów, których tu będzie sporo. 

Koszykówka 3x3 to dla Ciebie forma zabawy, przygotowania do sezonu, czy ostra rywalizacja o zwycięstwo?
- Są tacy, co ostro rywalizują o mistrzostwo Polski. Każdy ma swoje priorytety. Ja tu przyjeżdżam, by sprawdzić się na tle najlepszych zespołów. Ale jasnym jest, że każdy z nas chce wygrać. Ta formuła 3x3 to bardzo fizyczna koszykówka, dlatego to dla mnie też możliwość sprawdzenia się w trochę innej grze, na jeszcze mocniejszym kontakcie. Lubię to. 

Reklama

W Poznaniu przez dwa sezony grałeś w Enei Baskecie. Byłeś tu jeszcze dwa lata temu. Wciąż masz żywe wspomnienia z tamtego okresu? 
- No tak, na pewno. Uważam, że zarówno mój pierwszy sezon w Poznaniu, jak i drugi, były dobre. Troszkę nam zabrakło w pierwszym roku doświadczenia. Pamiętam nawet spotkanie w drugiej kolejce z HydroTruckiem Radom u siebie. Przegraliśmy po dogrywce wygrany mecz. Było wtedy wielu młodych chłopaków, fajna grupa, która dobrze pracowała. Była szansa na play-off, ale nam uciekła. W drugim sezonie mieliśmy mocniejszy, bardziej doświadczony skład, aczkolwiek też się nie udało. Pierwsza liga jest bardzo wyrównana i jest naprawdę wiele zbliżonych do siebie poziomem zespołów.

Odkurzyłem komentarze kibiców pod postem, w którym klub informował, że odchodzisz do Żaka Koszalin. Wielu bardzo żałowało, że nie zostajesz na kolejny sezon w Enea Baskecie. Podkreślali twoje ogromne zaangażowanie i serducho do gry. Nie było szans, żebyś wtedy został?
- W Poznaniu czułem się świetnie. Hala z każdym kolejnym meczem się zapełniała. Wzrastało zainteresowanie koszykówką, która tu ma olbrzymie tradycje. Dodatkowo atutem było to, że moja żona Marta grała cały czas w poznańskim Muksie, dzięki czemu mogliśmy spędzać ze sobą znacznie więcej czasu. Niestety nie było żadnego tematu przedłużenia umowy i dalszej współpracy. 

Reklama

Będąc w Turowie, a wcześniej w Żaku, wciąż śledziłeś i śledzisz wyniki Enea Basketu? 
- Tak, oczywiście. Całą ligę. Jak mam możliwość, to w weekend te mecze, które mogę oglądać, oglądam. Marta często mówi mi przy drugim meczu z rzędu w niedzielę, że nie oglądamy już trzeciego!. Ale ona doskonale wie, jak ważna jest moim życiu koszykówka. 

Pewnie namawia Cię na kolejne seriale, które oglądacie wspólnie namiętnie.
- Tak, ostatnio na Netflixie oglądaliśmy Oazę, jeszcze przed Oazą była następna część Berlina, La Casa de Papel. Na wakacje jeszcze nic nie wybraliśmy, ale spokojnie coś ogarniemy. 

Reklama

Koszykarskie małżeństwo ma swój urok. Marta wciąż gra w Poznaniu, Ty po dwóch latach w stolicy Wielkopolski, znów jesteś w innym miejscu. Znowu jesteście małżeństwem na walizkach.
- To prawda, trochę już się do tego przyzwyczailiśmy, aczkolwiek wakacje to czas, gdy jesteśmy wciąż razem. I to jest bardzo fajne. W sezonie staramy się odwiedzać co weekend. W zeszłym sezonie akurat było tak, że to Marta częściej przyjeżdżała do Zgorzelca. Była u mnie w niedzielę, obejrzała mój mecz, a potem zwykle miałem poniedziałek wolny i jechałem z nią na jeden dzień do Poznania, bo ona szła na trening. Tak wygląda nasze życie, takie trochę małżeństwo na odległość. Dobrze, że jest FaceTime, na którym wciąż rozmawiamy. 

Pół żartem, pół serio, do Zgorzelca zaczyna zjeżdżać Poznań nie tylko w postaci Marty, bo w ekipie oprócz Ciebie są zakontraktowani na ten sezon znani z gry w Enei Baskecie Hubert Pabian, Patryk Pułkotycki i Andrzej Krajewski. Powiedz tak szczerze, miałeś w tym swój udział, że ten poznański zaciąg znalazł się w Turowie? 
- Muszę się przyznać, że tak. Znam całą trójkę bardzo dobrze. Z Hubim graliśmy razem pięć sezonów, cieszę się, że namówiłem go jeszcze na last dance. Z Patrykiem graliśmy wspólnie co prawda tylko sezon, ale też złapaliśmy fajny, trwały kontakt, który stale podtrzymywaliśmy nawet, gdy byliśmy w różnych klubach. No i z Andrzejem też się znam, mimo że z nim nie grałem. Wiem jaki ma charakter i cieszę się, że z nami jest, bo pasuje tu idealnie. To jest ekipa na miarę awansu. Ale na niego musimy trochę poczekać. 

Reklama

Nie bałeś się, wracając po pięciu latach do 2. ligi, że trafiasz na peryferie koszykówki?
- Może ktoś powiedzieć, że Dymek ma już 35 lat i dlatego poszedł do drugiej ligi. Ale ja czuję się świetnie, chyba nawet lepiej niż 10 lat temu. Jestem w mocnym treningu w zespole, w którym są warunki na miarę pierwszej ligi, i to górnej połówki. W mieście, w którym są duże tradycje koszykarskie, a dziś zainteresowanie koszykówką jest bardzo duże. Zgorzelec zasługuje na 1. ligę i my postaramy się, by ją wywalczyć już w tym sezonie.

W zeszłym sezonie było tego bardzo blisko. Najpierw w rundzie zasadniczej wygraliście 29 z 30 meczów, a przez play-off przeszliście jak burza. Po morderczej serii pięciu meczów w półfinale z Tarnowskimi Górami w finale przegraliście awans z Polonią Bytom. Dlaczego nie postawiliście wtedy kropki nad i?
- Bytom miał bardziej doświadczony zespół niż my. Mieli wielu koszykarzy, którzy grali wcześniej w ekstraklasie, czy 1. lidze. Do tego przegraliśmy o włos jeden z meczów. Nie ma co gdybać – byli lepsi. W tym roku to my musimy awansować. Tym bardziej, że mamy więcej zawodników doświadczonych w rotacji, a awans wywalczą dwie, a nie jedna z 64 drużyn.

Reklama

Ty grałeś średnio 24 minuty na mecz, rzucając 8 punktów, zbierając prawie 4 piłki i dając 3 asysty. Jak go oceniasz?
- To był dla mnie ciężki sezon, podczas którego zmieniłem klub. Miałem też kontuzję kostki, po której za szybko wróciłem do gry. Dłużej dochodziłem do sprawności i formy. Ta noga nie pozwalała mi na przyspieszenie czy gwałtowne ruchy. Tak naprawdę nie byłem w stu procentach sprawny. Teraz jestem w pełni zdrowy, do tego jest ta trójka, którą wymieniłeś. Jesteśmy pozytywnie nakręceni i wierzę, że to będzie bardzo dobry sezon.

Teraz mamy Basket na Wolności, a Ty dziś udzielasz się jeszcze jako trener uczący kosza dzieciaki.
- Tak. Jestem w Ostrowie Wielkopolskim na campie u trenera Tomasza Główki. Już od kilku lat przyjeżdżam tu na kilka dni w wakacje, by popracować codziennie po pięć godzin z dziećmi. One są pełne energii, do tego ambitne i bardzo chcą się czegoś nauczyć.
Wczoraj po pięciu godzinach treningu podszedł do mnie taki ośmiolatek i mówi: „zagramy jeden na jeden?” No i graliśmy. Dziś też podszedł. (śmiech).


Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/07/2026 09:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości