Grał w koszykówkę w Olimpii Poznań, z bliska obserwował początek wielkiej trenerskiej kariery Tomasza Herkta, przez 20 lat jako sędzia prowadził mecze ekstraklasy, a dzisiaj organizuje Festiwal Koszykówki 3x3 Enea Basket na Wolności. Jarosław Żabko ma też inną pasję - bieganie. Ma na koncie wszystkie osiem największych maratonów świata i 20 razy przebiegnięty Maraton w Rzymie. W rozmowie z Michałem Bondyrą opowiedział o złotych czasach poznańskiego basketu, rodzinnej historii Olimpii i pomyśle na odbudowę koszykarskiej mody w mieście.
Michał Bondyra: Druga edycja Basketu na Wolności zyskała sponsora tytularnego. Poza tym pozostaje jedną z dziesięciu eliminacji Mistrzostw Polski panów. Czyy to zwiastuje silną obsadę?
Jarosław Żabko, współorganizator Enea Basket na Wolności: W najskrytszych myślach nie podejrzewaliśmy, że Basket na Wolności z roku na rok stanie się tak silną obsadzoną imprezą. Już dawno zamknęliśmy listy zgłoszeniowe zarówno w kategorii panów, i tu trzeba też wspomnieć, że w kategorii pań. I to jest novum, bo panie wzorem panów też będą miały w Poznaniu swoje eliminacje do Mistrzostw Polski. Mamy zgłoszone rekordowe 51 drużyn, czyli o 15 więcej niż przed rokiem. Dla porównania kultowa Basketmania przyciągnęła 21 zespołów. Zapowiada się więc w niedzielę dużo grania od samego rana do wieczora.
A co z sobotą?
W sobotę na Placu Wolności będzie rządzić młodzież. W siedmiu kategoriach wiekowych wystąpi prawie 200 zawodników, zarówno dziewczyn, jak i chłopców. Zapraszamy serdecznie, żeby zobaczyć i tych początkujących, i tych, którzy już naprawdę dużo potrafią, Będą to Otwarte Mistrzostwa Poznania, Miasto Poznań jest sponsorem i partnerem wydarzenia. Oprócz samego turnieju będzie dużo atrakcji. Około 16.00 będzie też można zobaczyć profesjonalny pokaz wsadów. Planujemy też sporo konkursów dla zawodników i dla rodzin z fajnymi nagrodami.
Wróćmy do zgłoszeń. Podobno zobaczymy też na placu Wolności młodzieżową reprezentacją Polski 3x3.
Tak. I tu ciekawostka. Listę zgłoszeń, jak już mówiłem wcześniej, zamknęliśmy parę tygodni temu, ale na prośbę PZKosz przyznaliśmy dwie dzikie karty męskim reprezentacjom U21. Myślę, że będą one magnesem, który przyciągnie kibiców.
Skoro o magnesach. Kto jeszcze się pojawi w tym roku?
O nazwiskach za wiele nie chcę mówić, bo choć mamy zamknięte listy, to drużyny jeszcze nie podały ostatecznych składów. Co do ekip – będą u nas absolutnie topowe teamy z ekstraklasy: Legia Warszawa, Astoria Bydgoszcz, Zastal Zielona Góra.
Będą też poznańskie akcenty?
W kadrze młodzieżowej są Jan Nowicki Igor Urban. Wiem, że Janka zabraknie, ale Igor zadeklarował swój udział. Ale będzie np. grający w zeszłym sezonie w Enea Basket Poznań Andrzej Krajewski i wielu koszykarzy, którzy grali w Poznaniu w ostatnich sezonach, m.in. Marcin Dymała, czy Wojciech Fraś.
Koszykówka 3x3 jest bardzo dynamiczna, bardzo widowiskowa i w kontekście reprezentacji młodzieżowej muszę zapytać o reprezentację seniorską. Biało-Czerwoni kiedyś to był absolutny top tej dyscypliny. Niestety ostatnio Mistrzostwa Świata w Warszawie pokazały, że nam świat mocno odjechał. Dlaczego?
Obserwowałem fazę finałową i myślę, że tak naprawdę głównym powodem takiego stanu rzeczy jest to, że przestaliśmy szukać młodzieży. Skupiliśmy się na zawodnikach doświadczonych, którzy kiedyś przynosili nam wiele radości, ale dziś z upływem czasu trzeba świeżej krwi. Nie chcę być krytykiem polskiej kadry, ale ewidentnie widać, że świat poszedł do przodu. Pokazali to w Warszawie choćby Czesi, którzy młodym dynamicznym składem pokazali się w stolicy dużo lepiej niż nasz zespół. Musimy zacząć szukać młodych i może taki turniej jak ten nasz w Poznaniu w tym pomoże.
Żyje pan koszykówką. W końcu działa pan w polskim baskecie już kilkadziesiąt lat.
Parę tygodni temu skończyłem 60-tkę i szczerze mówiąc trochę żałuję, bo jeszcze bardzo wiele chciałbym dla koszykówki zrobić. Byłem graczem i synem trenera, byłem sędzią, obecnie jestem komisarzem w Polskiej Lidze Koszykówki. Nie sędziuję już w ekstraklasie, ale wciąż biegam z gwizdkiem w okręgu, bo przy tej ogromnej liczbie drużyn wciąż brakuje sędziów.
Wspomniał pan, że był pan koszykarzem. Co ciekawe zaczynał pan nie od Lecha, a od… Olimpii, która w Poznaniu kojarzy się z ogromnymi sukcesami zespołu trenera Tomasza Herkta.
Faktycznie zaczynałem w Olimpii Poznań. Były to już ostatnie lata sekcji w tym klubie, potem rządził i rozdawał karty w Poznaniu Lech. W żeńskim zespole Olimpii trenerem był… mój tata. W kobiecej ekstraklasie mieliśmy Olimpię, AZS i Lechitki. Koszykówka była wtedy w Poznaniu na pierwszym miejscu. Mogła z nią konkurować tylko piłka nożna, to były cudowne czasy.
Tata był trenerem Olimpii przed Tomaszem Herktem?
Gdy miałem 12 lat, tata prowadził juniorskie zespoły Olimpii, miał też epizod z seniorską drużyną. Gdy zdecydował, że odchodzi zaprosił do współpracy w klubie właśnie Tomka Herkta. Później pojawił się jeszcze pierwszy komercyjny trener w Poznaniu – Piotr Langosz. A historię Olimpii, która zdobywała trzecie miejsce w Pucharze Europy i była w finale Pucharu Ronchetti każdy fan koszykówki zapewne zna. A przypomnę jeszcze, że Tomasz Herkt wygrał w Katowicach z reprezentacją koszykarek mistrzostwo Europy. Do dziś, jak przejeżdżam koło hali przy ulicy Bukowskiej, to łezka się w oku kręci na wspomnienie tamtych sukcesów.
Po rozwiązaniu sekcji w Olimpii nie chciał Pan przejść do Lecha?
Gdy rozwiązywano sekcję miałem 16 lat. Byłem rozgrywającym, a w klubach ta pozycja była już obsadzona. Usłyszałem wtedy o kursie sędziowskim. Poszedłem na niego i bardzo szybko znalazłem się na ekstraligowych parkietach, które pewnie byłyby dla mnie niedostępne, gdybym kontynuował karierę zawodniczą.
Był Pan wtedy najmłodszym sędzią. A z gwizdkiem w ekstraklasie biegał Pan aż 20 lat. Mocno zmieniła się z Pana perspektywy ta koszykówka?
Na pewno stała się szybsza, bardziej dynamiczna i kontaktowa. W latach 60-tych czy 70-tych XX wieku w meczach był savoir vivre, który mówił o grze, w której nie można było zawodnika dotknąć, wywrócić czy sfaulować. Dziś to wygląda zupełnie inaczej. Od kiedy pojawili się na naszych parkietach koszykarze z przeszłością w NBA czy Eurolidze, to my sędziowie uczymy się od nich pewnych zachowań i interpretacji.
Jest Pan współredaktorem wydawnictwa „100 lat Wielkopolskiej Koszykówki”. Tam opisane są sukcesy Lecha – który święcił przez lata sukcesy nie tylko w Polsce. Dlaczego w Poznaniu dziś nie ma sukcesów na miarę tamtych?
Jest takie stare porzekadło: „jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Jako poznaniacy jesteśmy oszczędni. Dwa razy obracamy monetą, zanim ją wydamy. To nie jest złe, ale by mieć zawodowy zespół na miarę Ekstraklasy trzeba dużych pieniędzy. Co najmniej kilkunastu milionów złotych, a nawet więcej. Kiedyś było o to łatwiej, bo były duże zakłady pracy, które partycypowały w pozyskiwaniu graczy i szkoleniu. Nie wspomnę już o braku hali w naszym mieście, bo to jest temat na osobną długą rozmowę.
Ale w żeńskiej koszykówce za sprawą Enea AZS Politechnika Poznań się udało. Dziewczyny Wojciecha Szawarskiego zostały przecież wicemistrzyniami Polski.
Prezes Łukasz Zarzycki robi tam świetną robotę. Jest na dobrej drodze, by nawiązywać do sukcesów Olimpii sprzed lat. Życzę mu nie tylko sukcesów w ekstraklasie, ale i zaistnienia na arenie europejskiej. Tym bardziej, że już w tym sezonie zespół wystartuje w eliminacjach do Euroligi.
Dlaczego panie mogą, a panowie nie?
Znów wracamy do kwestii pieniędzy. Kasa to słowo klucz.
Jak to się stało, że bieganie po parkietach za piłką zamienił pan na bieganie po asfalcie na topowych maratonach świata?
Rozczaruję pana. Powiem, chociaż będę się potem tego wstydzić. Jako sędziowie co roku przechodzimy testy sprawnościowe. W wieku trzydziestu kilku lat takich testów nie zliczyłem. Byłem na siebie tak zły, że postanowiłem zacząć biegać, by zadbać o kondycję. Zaczęło się od dwóch kilometrów, potem trzech. Po roku postanowiłem, że wystartuję w poznańskim maratonie. Ukończyłem go jeszcze kilka razy, a w międzyczasie zaliczyłem pierwszy maraton zagraniczny w Pradze.
A dziś ma Pan na koncie wszystkie osiem największych maratonów świata?
Tak. Zaczęło się od Nowego Jorku. Wtedy powstała organizacja World Major Six. To zrobiłem jeszcze Berlin, Chicago, Londyn, Tokio i Boston. Siódmym przed rokiem było Sydney a ósmym – bo formuła została rozszerzona miesiąc temu Kapsztad. Dziś jestem w elitarnym gronie dwóch tysięcy osób, które mają ukończone tych osiem maratonów.
Który z nich było ukończyć najtrudniej?
Dzisiaj problemem nie jest przebiec maraton, ale na ten maraton się dostać. Trzeba wziąć udział w losowaniu i liczyć na szczęście. Miałem go dużo w tym roku, że dostałem się na Kapsztad. I to chyba on był tym najtrudniejszym. Po pierwsze dlatego, że lata lecą, przez co kiedyś było łatwiej, poza tym trasa maratonu w Kapsztadzie była bardzo trudna. Pierwsze 21 kilometrów było pod górę i kiedy byłem już maksymalnie zmęczony powoli zacząłem zbiegać w dół.
Co jest w maratonie rzymskim, że ukończył go Pan już 20 razy?
To jest jakaś miłość do Rzymu, do Włoch, do włoskiej kuchni, do krajobrazu. Rzym jest tak urokliwy, że muszę tam co roku wracać. Poza tym jest w połowie marca, gdy u nas leży często śnieg. No i nie trzeba przy zapisach liczyć na szczęście w losowaniu.
Czy te 20 ukończonych maratonów w Rzymie to nie jest jakiś rekord Guinnessa?
Gdzieś tam po cichu licząc wiem, że jest. Aczkolwiek Włosi chyba nie przyznają mi go dopóki nie zmienię obywatelstwa (śmiech). Anegdotycznie powiem, że za każdym razem, gdy piszę do nich, że to mój kolejny start i czy w związku z tym dostanę jakiś rabat, odpowiada mi automat: „Jarosław, dziękujemy za zgłoszenie, masz 5 proc. rabatu”.
Te maratony stały się nie tylko taką rywalizacją z samym sobą, ale też jakąś formą odreagowania stresu?
Pewnie też. Maratony nie są jednak dla mnie codziennością, bo ja biegam ze dwa, trzy rocznie. W tym roku byłem w Rzymie, Kapsztadzie, a będę jeszcze na Cyprze. Tak naprawdę największą frajdę daje mi wyjście rano z domu z psem. Mam wtedy do wyboru – albo spacer, albo bieg. Zawsze wybieram tę drugą formułę i mam z tego frajdę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze