Dopiero co koszykarze Enea Basket Poznań zakończyli pierwszą rundę 1. ligi, a już w sobotę rozpoczynają rewanżową. O podsumowanie dokonań zespołowych i indywidualnych, ale też najlepszych i najgorszych spotkań pokusił się kapitan zespołu, Michał Samsonowicz. W rozmowie z Michałem Bondyrą „Samson” wspomniał też o kulisach odejścia trenera Marcina Klozińskiego, porównał styl jego pracy z trenerem Edmundsem Valeiką.
Michał Bondyra: W ostatnią niedzielę porażką z SKS-em Fulimpex Starogard Gdański zakończyliście pierwszą rundę. Zanim zapytam cię o całą tę część sezonu, jeszcze o samym meczu. Jeszcze na dwie minuty przed końcem spotkania prowadziliście trzema punktami, finalnie przegrywając siedmioma. Co się stało?
Michał Samsonowicz, kapitan Enea Basket Poznań: Wróciliśmy z 10-punktowej straty, potem prowadziliśmy trzema punktami, wydawało się, że mamy ten mecz pod kontrolą, ale kilka ostatnich posiadań i trafiona trójka Buckinghama zadecydowały, że ten mecz przegraliśmy. Wielka szkoda, bo mocno walczyliśmy, a wynik był cały czas na styku. Wszystko zmieniło się w kilkanaście sekund.
Ty w tym spotkaniu miałeś 12 punktów i 3 zbiórki. Jak oceniasz swoją grę?
- Myślę że pomimo tych 12 punktów, zabrakło mi lepszej skuteczności w rzutach za trzy punkty. W tym meczu trafiliśmy tylko trzy takie rzuty, a ponieważ ja w dużej mierze odpowiadam za nie, to czuję też odpowiedzialność za tę porażkę.
Wspomniałeś o odpowiedzialności. Znam twoją etykę pracy i wymagania jakie sobie sam stawiasz. Czy to, że w tym sezonie jesteś kapitanem, jeszcze bardziej cię mobilizuje?
- Mobilizację zawsze miałem i wciąż mam na najwyższym poziomie. Odpowiedzialność za wyniki zespołu czułem zawsze, a tę opaskę kapitańską odbieram jako duże wyróżnienie. Jestem dumny, że mogę być kapitanem tak świetnej drużyny.
Pierwszą rundę zakończyliście z bilansem 7 zwycięstw i 9 porażek. Zajmujecie 11. miejsce, do ósmego, dającego play-off brakuje jednej wygranej. Jak ocenisz tę rundę?
- Przed kilkoma ostatnimi kolejkami mieliśmy plan, by wyzerować bilans zwycięstw i porażek tak, by rundę rewanżową zacząć od zera. Nie udało się zrobić bilansu 8-8, ale nie ma jakiejś tragedii, bo nie zajmujemy miejsca w ogonie, a obecny bilans wciąż gwarantuje to, że będziemy walczyć o wejście do czołówki. Ale na początku sezonu mieliśmy zdecydowanie za dużo wpadek.
Która z tych wpadek siedzi w tobie najbardziej?
- Na pewno ta w Inowrocławiu. Prowadziliśmy tam 15-punktami, mieliśmy wszystko pod kontrolą, a ja na koniec miałem jeszcze rzut na zwycięstwo i przegraliśmy. Druga – to ta u siebie z WKK Wrocław, bo był taki nijaki mecz w naszym wykonaniu, po jego zakończeniu chciałem od razu zagrać go jeszcze raz.
A najlepsze wasze spotkanie to ze świetną Astorią Bydgoszcz, którą pokonaliście we własnej hali po trzech dogrywkach?
- Zdecydowanie. Tak, jak zapamiętam mecz w Inowrocławiu, tak w pamięci zostanie mecz u siebie z Astorią. Chociaż przez to, że spadłem na początku pierwszej dogrywki za faule, trzy dogrywki oglądałem z ławki. Bardzo się cieszę, że chłopacy wtedy stanęli na wysokości zadania i wygrali.
Indywidualnie najlepiej punktowałeś w przegranym pojedynku z Decką w Pelplinie i z Miners w Katowicach – zdobyłeś odpowiednio 20 i 18 punktów. Jak wspominasz te dwa mecze?
- Zdecydowanie lepiej wspominam mecz w Katowicach, bo z Decką przegraliśmy, a wtedy indywidualne statystyki się nie liczą. A w Katowicach zagraliśmy fajny zespołowy mecz, który cały czas kontrolowaliśmy. To był pokaz koszykówki, którą powinniśmy grać zawsze.
W Miners gra Marcin Dymała, z którym jeszcze w lipcu grałeś razem w turnieju 3x3 w Poznaniu w ramach „Basket na Wolności”. Ucięliście sobie pogawędkę przed meczem?
- Tak. Zamieniliśmy z Marcinem parę słów. Mocno trzymam za niego kciuki, bo nie jest łatwo zmieniać klub w trakcie sezonu. W Katowicach z tego co wiem, to wszystko jest ok, więc mam nadzieję, że tam się szybko odnajdzie.
Ostatnie cztery spotkania to twoje najlepsze zdobycze punktowe. Z czego wynika ten lepszy okres, w porównaniu do początku tej rundy, która była dla ciebie trudna?
- Sam się nad tym zastanawiałem. Trochę jest tak, że robisz wciąż to samo, a nagle przychodzi dołek, albo wzrost formy. Ja zawsze, gdy któryś z elementów szwankuje, dodatkowo go trenuję także indywidualnie. To buduje większą pewność siebie i pozwala potem bez wahania wykorzystać trenowany element w meczu. Ale ja jeszcze nie czuję, że gram tak, jak potrafię najlepiej.
A może kwestia dużo lepszej formy rzutowej, to kwestia wolnego na Święta i na Sylwestra. Takiego odpoczynku od basketu, pobycia z rodziną?
- Uwielbiam świąteczny czas z rodziną, ale koszykówka jest ze mną zawsze. Nawet jak nie gram, oglądam ją i o niej myślę.
A nie myślałeś o tym czego nie możesz jeść w święta Bożego Narodzenia?
- Nie, bo ja mam odwrotnie – nie muszę się ograniczać, a wręcz nadrabiać. Dlatego tak lubię święta (śmiech).
- Masz bilans 10,7 punktu średnio na mecz i 1,3 asysty. Jak go oceniasz?
To są solidne statystyki, ale słabsze niż w zeszłym sezonie. Są dwa elementy, nad poprawą których pracuję: chcę poprawić skuteczność rzutów za trzy i co z tym się wiąże też więcej punktów zdobywanych na mecz. Jest w tym względzie sporo do poprawy, ale jak się uda to zmienić, to moja drużyna zyska.
Czy idziesz w ślady Przemka Zamojskiego, który zostaje po treningach i rzuca setki trójek indywidualnie?
- Jak hala jest wolna, to staram się tak robić. Zresztą, jak mieliśmy wolne, to też te trójki trenowałem. Nie robię tego, gdy jestem bardzo zmęczony, wtedy trzeba odpuścić.
Zapytam cię jeszcze o grudzień, ale nie w kontekście Świąt, a roszad trenerskich. Marcina Klozińskiego zastąpił Edmunds Veleiko. Zaskoczyła cię ta zmiana?
- Bardzo zaskoczył mnie telefon od trenera Marcina, że rezygnuje. Gdy wrzuciłem tę informację na naszą wewnętrzną grupę, reakcja każdego z zawodników była taka sama: żebym namawiał go do zmiany decyzji. Myślę, że to była dla trenera bardzo trudna decyzja, ale chyba bardziej zaskoczyłaby mnie decyzja, gdyby to klub zwolnił trenera.
Czy masz wciąż kontakt z trenerem Klozińskim? Śledzi wasze mecze?
- Na pewno bardzo nam kibicuje. Odchodząc powiedział, że nie będzie już trenerem, ale zyskaliśmy najwierniejszego kibica.
Nazwisko następcy – Valeiko to było też zaskoczenie?
- No tak, przecież to trener, który w zeszłym sezonie wygrał tę ligę. To imponujące, że przyszedł do nas i tu należą się ogromne brawa dla klubu, bo to świadczy o ambicjach sportowych w Poznaniu.
A czym różni się Edmunds Valeiko w podejściu do taktyki, do meczu, ale też personalnie do zawodników od Marcina Klozińskiego?
- Zacznę od podobieństw. Obaj mają ogromną wiedzę koszykarską i bardzo dobre pomysły taktyczne na grę. Trener Kloziński to taki players coach, który ma świetne relacje z każdym zawodnikiem. Zawsze wspiera, chce pomóc, wycisnąć z każdego to, co w nim najlepsze.
Trener Valeiko stawia na twardą, mocną dyscyplinę. Młodsi zawodnicy po treningach z nim, mogą śmiało powiedzieć, że jak przetrwałem Valeiko, to już poradzę sobie wszędzie. Ta dyscyplina jest u nas bardzo widoczna i moim zdaniem potrzebna.
Ale to nie znaczy, że trener nie pogratuluje po zwycięstwach, czy nie przybije piątki?
- Oczywiście, że nie. Surowym trenerem jest podczas pracy. Bardzo zależy mu na podejmowaniu dobrych decyzji, skuteczności i zaangażowaniu. Przez to dodaje pewności siebie zawodnikom. Ale bardzo nie lubi przegrywać, o czym przekonaliśmy się po porażce z Kociewskim Diabłami. Jest mocno sfokusowany na zwycięstwa, podobnie jak ja.
Mówiliśmy o waszym bilansie po pierwszej rundzie i 11. miejscu. Eksperci bardzo różnie typują wasze miejsce na koniec sezonu. A czy ty podtrzymujesz to co mówiłeś mi w sierpniu, że ten skład zapewni Poznaniowi play-off?
- Oczywiście, że podtrzymuje moją opinię. Nie będę się z niej wycofywał, dopóki piłka w grze. Dwa zwycięstwa sprawiają, że nasza sytuacja w tabeli robi się dużo lepsza. Będzie o nie ciężko, bo przed nami dwa mecze z czołówką – Tychami i Łańcutem, ale nie zmienia to faktu, że wychodzimy w nich, by wygrać.
Już jutro pierwszy z tych meczów – rewanż z GKS-em Tychy w Poznaniu. Macie rachunki do wyrównania.
- Mamy, ale nie tylko z Tychami. Cała runda to będzie wyrównywanie rachunków. Teraz nadarza się pierwsza okazja, tym bardziej, że gramy u siebie w hali, która co mecz jest pełna kibiców. Co ciekawe wyniki mamy gorsze niż przed rokiem, a kibiców jest pełno. I to jest super. Ale to też nobilitacja, żeby wygrywać!
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android .
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze opinie