Reklama

Adam Pacześny powiedział pas. „Niczego nie żałuję"

„Zdrowia, żeby przestało boleć, i żebym odnalazł się w nowym życiu” – tego życzy sobie legenda szczypiorniaka na sportowej emeryturze. Obrotowy Adam Pacześny po kapitalnym sezonie w barwach Enei Grunwaldu Poznań zakończył bogatą przygodę z piłką ręczną. W bardzo szczerej rozmowie z Michałem Bondyrą opowiedział o: miłości do rodziny, tytanicznej pracy, szatni pełnej wspomnień i zapomnianych butach, które zwiastowały koniec pięknej przygody.

Michał Bondyra: Cztery lata w Kwidzynie, dziesięć w Piotrkowie i trzy w Poznaniu. Nazywasz ten czas przygodą, chociaż inni nazwaliby bogatą karierą. Teraz wieszasz buty na kołku. Jakbyś podsumował ten czas?
Adam Pacześny, obrotowy Enei Grunwaldu Poznań:
Tak, jak powiedziałeś. Mega, super wielka przygoda, która w jakiś sposób mnie ukształtowała, dzięki której jestem w tym miejscu, w którym  jestem. Niczego nie żałuję. Wszystko było tak, jak miało być. Jestem bardzo zadowolony, szczęśliwy. Coś się jednak kończy, priorytety się zmieniły i teraz na pierwszym miejscu już nie będzie piłka ręczna, ale przede wszystkim rodzina. 

Wróćmy jeszcze do zakończonego właśnie sezonu. Ostatni w Twojej karierze mecz przegrany, ale to był naprawdę dobry sezon Grunwaldu w Lidze Centralnej, prawda?
- Ten sezon był bardzo udany. Pamiętam, jak w okresie przygotowawczym do sezonu spotkaliśmy się z prezesem, który powiedział, że celem jest top 6. Wtedy z chłopakami trochę się dziwiliśmy, bo przecież w debiutanckim, poprzednim w Lidze Centralnej walczyliśmy o utrzymanie. Wtedy liczyliśmy każdy punkt. A teraz? Okazało się, że zajęliśmy piąte miejsce i pokazaliśmy, że na wiele nas stać. Mówisz o nieudanym ostatnim meczu, a ja powiem więcej. Te trzy ostatnie kolejki nie oddają tego, jaką grę prezentowaliśmy przez cały sezon. Nazbieraliśmy 46 punktów, mamy satysfakcjonujące 5. miejsce. Jak odchodziłem z Piotrkowa, grając ostatni mecz w Ostrowie Wielkopolskim wygrywaliśmy, ale spadliśmy z ligi. Teraz była przegrana, ale nastroje dużo lepsze. Cieszę się nie tylko z wyniku sportowego, ale też z tego, że wszyscy skończyliśmy go zdrowi. 

Reklama

A przecież jak rozmawialiśmy zaraz po Twoim przyjściu do Poznania, to dołączałeś do Grunwaldu, który był na trzecim poziomie rozgrywkowym, a teraz po tych trzech latach jest w czołówce zaplecza Superligi. Niesamowicie rozwinęliście się sportowo jako drużyna.
- No właśnie. Tu wszyscy tworzymy drużynę. W szatni powiedziałem chłopakom na zakończenie, że lepiej smakowały mi te trzy sezony w Grunwaldzie, niż całe dziesięć w Piotrkowie. Tutaj nasza drużyna z każdym meczem, z każdym sezonem rosła. Wiem, że Grunwald na tym nie poprzestaje. Ma ambitne plany. Będę śledził dalszy rozwój i mocno kibicował. Żegnam się z boiskiem, ale sercem pozostaję w szatni Grunwaldu. 

Wielu zawodników, którzy przychodzą do Grunwaldu mówi po tym, jak zagra tu kilka miesięcy, że byli w różnych miejscach w Polsce, ale takiej atmosfery jak tu nie ma nigdzie. Potwierdzasz?
- Jak najbardziej. Chłopaki spotykają się nie tylko na treningu, ale tez poza boiskiem. Ja już takiej przyjemności nie miałem, no bo nie pozwalały mi na to moje obowiązki – praca, rodzina, do tego droga z Poznania do Wolsztyna. Jednak od czasu do czasu gdzieś tam się spotykaliśmy i zacieśnialiśmy też te więzi, nie tylko na treningach, ale przede wszystkim prywatnie. 

Reklama

Zacieśnialiście więzi zaraz po meczu ze Stalą Gorzów, w domach w Skorzęcinie?
- Tak (śmiech). Świętowaliśmy, żegnaliśmy się, było wesoło. Niestety musiałem szybko zbierać się do domu, bo mój syn miał na drugi dzień bardzo dla niego ważny występ w Parku Miejskim w Wolsztynie i nie wyobrażałem sobie by nie być na jego występie. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

Lubisz układać puzzle?
- Wiem do czego dążysz (śmiech) Lubię układać puzzle z dziećmi, ale to jest przedział od 3 do 6 lat. A ja od drużyny dostałem puzzle, które składają się z 1000 elementów. Obrazek tworzy cała drużyna Grunwaldu po zwycięskim meczu w szatni. Córka jak zobaczyła, że dostałem puzzle rzuciła się by je zacząć układać. Ale jak zobaczyła ile jest elementów to podziękowała. Jeszcze nie miałem okazji zacząć ich układać, bo to będzie zabawa na długie wieczory.

Reklama

Traktując mecze jako puzzle tworzące cały ostatni sezon powiedz, który z nich był dla ciebie najbardziej niezapomniany?
- Na pewno wygrana ze Śląskiem Wrocław, który właśnie awansował do Superligi. Nie byliśmy wtedy faworytem, bo wiedzieliśmy jakie cele ma Śląsk. To zwycięstwo u siebie smakowało bardzo dobrze, dało nam kopa do dalszej pracy. I ta tytaniczna praca była wykonywana przez nas do końca sezonu, mimo kontuzji. Nawet jak nam w jakimś meczu nie szło, nie zwieszaliśmy głów tylko walczyliśmy do końca. Każdy rywal wiedział, że Grunwald to zespół, który nie odpuszcza. 

Powiedziałeś o meczu ze Śląskiem Wrocław. A ja myślałem, że powiesz o meczu w Ciechanowie, na który zapomniałeś… butów. Filip Tarko, który mi to opowiadał śmiał się, że pewnie myślałeś, że to już koniec sezonu.
- No widzisz. Między innymi dlatego kończę swoją przygodę z piłką ręczną, bo jestem już na takim etapie, że nie myślę o niej tak bardzo intensywnie jak kiedyś. Dawniej sobie nie wyobrażałem sobie, żeby czegokolwiek zapomnieć. Przez te wszystkie lata nigdy było takiej sytuacji, żebym zapomniał butów. A teraz? Człowiek zapracowany, zabiegany w domu, no i zapomniał. Dobrze, że Mikołaj Przybylski ma taki sam numer buta co ja i mi pożyczył.

Reklama

Nawet bramki w nich rzuciłeś. 
- Tak rzuciłem bramki, ale niestety przegraliśmy ten mecz. 

Od pierwszej naszej rozmowy podkreślasz, jak ważna jest dla Ciebie rodzina, więc to pożegnanie, które na ostatnim meczu Tobie zgotowała musiało Cię mocno wzruszyć. Żona, dzieciaki, inni bliscy, znajomi w koszulkach z herbami MMTS Kwidzyn, Piotrkowianina Piotrków i Grunwaldu Poznań i napis: „Last dance Adama”… Uroniłeś łzę?
- Emocje towarzyszyły mi już od samego rana w domu, jeszcze przed wyjazdem do Poznania na mecz. Wiedziałem, że żona szykuje jakąś niespodziankę, że przyjadą znajomi z Wolsztyna, cała rodzina. Jednak, gdy zobaczyłem wszystkich w identycznych koszulkach, to już w trakcie rozgrzewki łezka się zakręciła. Chłopaki też to widzieli i też im się to moje wzruszenie trochę udzieliło. Ale ja się łez nie wstydzę. Powiem Ci, że jestem bardzo wdzięczny mojej żonie, bo to ona była główną organizatorką tego wyjazdu i tych super koszulek. Ona zawsze najbardziej mnie wspierała. Gdyby nie żona, nawet bym nie grał w Grunwaldzie. 

Reklama

To rodzina była powodem, że zawiesiłeś buty na kołku?
- Tak, przede wszystkim rodzina. Dzieci dorastają, a ja uświadomiłem sobie, że przez ostatnie trzy lata nie zjadłem kolacji z dziećmi. Nie tylko przez treningi, czy mecze, ale też pracę. Poniedziałek praca, wtorek trening, środa praca, czwartek praca, piątek trening, sobota mecz i w niedzielę znowu praca. Tak tydzień po tygodniu. Żona zostawała z trójką małych dzieci sama od popołudnia do wieczora. Wszystkie obowiązki, cały dom był na jej głowie. Teraz dzieciaki dorastają, więc chcę więcej pomóc chociażby w edukacji szkolnej. 

A trzeba dodać, że na treningi i mecze do Poznania dojeżdżałeś z Wolsztyna.
- Tak, to też było uciążliwe.

Reklama

Podobno był taki moment, że myśleliście o przeprowadzce do Poznania. Dlaczego się nie udało?
- Były takie pomysły, jednak zawsze sobie stawialiśmy za cel, żeby wrócić do Wolsztyna. Wiele lat mieszkaliśmy poza naszym rodzinnym miastem i powiedzieliśmy sobie dosyć. Być może, że gdybyśmy z Piotrkowa od razu przenieśli się do Poznania byłoby łatwiej, ale to się wiązało ze zmianą szkoły, przedszkola, skomplikowałoby dojazdy do pracy. Względy finansowe też były w tym wszystkim. Pewnie z wszystkich tych powodów nie przenieśliśmy się do Poznania. Ale będę tu przyjeżdżał, by pokibicować chłopakom. 

Wspomniałeś kilka razy o swojej pracy. Ta praca jest niezwykła, bo jesteś wychowawcą tak zwanej „trudnej młodzieży” w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym im. Janusza Korczaka w Babimoście. Oni nie raz byli też na twoich meczach…
- Na pożegnaniu też mieli być, ale coś tam nie zagrało. Wiem jednak, że chłopaki mocno przeżywali ten mecz. Jak zawsze życzyli mi powodzenia. Ich wsparcie czułem zawsze. Pewnie dyrektor i chłopaki trochę się cieszą, że już nie gram, bo będę im mógł poświęcić jeszcze więcej czasu. 

Reklama

To dla Ciebie nie tylko praca, prawda?
- To nigdy nie była tylko praca. Nigdy nie było tak, że po skończonym dyżurze zamykam drzwi i zostawiam za nimi to, co danego dnia się wydarzyło w ośrodku. Ja zawsze ją przynoszę do domu, myślę cały czas o tych chłopakach, o ich historiach. One są we mnie cały czas. 

Trochę zdradzę coś z naszej prywatnej korespondencji. Kiedy rozmawialiśmy o tym jak lubisz gotować, wysłałeś mi zdjęcie twojej córki Alicji i zrobionej przez nią jajecznicy. To ona ma po Tobie największe zacięcie kulinarne?
- W kwestii jajecznicy, na pewno. Potrafi przyrządzać i jeść ją codziennie. Mieszać masło, pokroić szynkę i usmażyć jajecznicę. Ale nie tylko Ala lubi spędzać czas w kuchni. Gotować lubimy wszyscy, tak samo jak wspólnie to potem jeść. 

Reklama

Sportowa emerytura pozwoli na to, że będziesz w domu gotował więcej?
- Tak. Lubię gotować, nawet chciałem zrobić kurs kulinarny. Kto do nas odwiedza, ten zawsze chwali naszą kuchnię. Teraz będzie mnie w kuchni więcej, bo muszę wynagrodzić jakoś te wszystkie nieobecności żonie. 

Czego Tobie życzyć na tej sportowej emeryturze?
- Przede wszystkim, żebym odnalazł się w tej nowej rzeczywistości, bo sam się zastanawiam jak po tych 26 latach będę radził sobie z tym, żeby nie jechać na trening. Życz mi też zdrowia, żeby wreszcie przestało mnie wszystko boleć i żebym się dalej ruszał. Szczęście w rodzinie już mam, a zawodowo też się spełniam. 
 


Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/05/2026 14:42
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości