Reprezentacja Polski hokeistów na trawie wywalczyła srebrny medal Halowych Mistrzostwach Europy ulegając w finale Austrii dopiero po karnych zagrywkach. Mikołaj Gumny z Warty Poznań, jeden z bohaterów tego sukcesu opowiedział Michałowi Bondyrze o kulisach turnieju. M.in. o: dramatycznego meczu z Czechami, kapitalnym meczu z Niemcami, ale też o presji i zbliżającym się ważnym turnieju w Chile. Wystosował też mocny apel do ministerstwa sportu.
Michał Bondyra: Pamiętam twoją radość dwa lata temu, gdy po osiemnastu latach zdobyłeś z kolegami z reprezentacji srebro halowych mistrzostw Europy. Wtedy w finale bezdyskusyjnie wypunktowali was Niemcy, teraz znów przywieźliście srebro, ale do złota brakowało jednej dobrze strzelonej karnej zagrywki. Czy ta finałowa porażka mocno w tobie siedzi?
Mikołaj Gumny, napastnik reprezentacji Polski i Warty Poznań: Apetyt rośnie zawsze w miarę jedzenia. Jako grupa nasza reprezentacja bardzo się przez ten czas rozwinęła. Teraz na hali celujemy, by wygrywać takie turnieje, jak mistrzostwa Europy. Niemcy w 2024 roku w finale nas zdeklasowali, teraz o złocie zadecydowały karne zagrywki, dlatego gorycz jest spora. Mam nadzieję, że za chwilę ona minie, bo w Heidelbergu odnieśliśmy kolejny sukces. Mam nadzieję, że to zwycięstwo nas nakręci na ważny turniej, który teraz przed nami – eliminacje do Mistrzostw Świata w wersji olimpijskiej. Gdyby udało się je przebrnąć, to wrócilibyśmy na Mistrzostwa Świata na trawie po 24 latach przerwy!
Gdy gracie na mistrzostwach Europy w fazie pucharowej z Austrią to zawsze są karne zagrywki. W roku 2024 w ten sposób wyeliminowaliście ich w półfinale. Tym razem to oni wygrali tak z wami w finale. Czy przed takimi meczami jak półfinał, czy finał ćwiczycie ten element?
- Jasne, że ćwiczymy karne zagrywki, ale nie możemy porównywać ich wykonywania w wersji treningowej, do sytuacji meczowej. W takich spotkaniach presja jest ogromna. Tej decydującej o porażce w finale zagrywki nie trafił Gracjan Jarzyński, ale on w całych mistrzostwach strzelił 6 czy 7 bramek, zagrał kapitalny turniej, był wartością dodaną dla naszego zespołu. Zresztą został wybrany MVP całego turnieju. Myślę, że jeszcze przed nim wiele trafionych shoot-out’ów, więc głowa do góry.
Pamiętam, że gdy rozmawialiśmy na początku roku 2024 po srebrze i porażce 2:5 z Niemcami w finale mówiłeś mi, że dogoniliście motorycznie Niemców, ale mimo to oni są wciąż 2-3 sekundy w reakcjach szybsi niż wy. Co się stało, że 17-krotnych mistrzów Europy ograliście teraz na ich terenie, przy pełnej hali i to w regulaminowym czasie?
- Graliśmy z nimi na hali wtedy na mistrzostwach w Leuven, potem na mistrzostwach świata i bardzo wysoko przegrywaliśmy. Zmieniliśmy więc taktykę, zaczęliśmy grać wysoko, na całym boisku jeden na jeden, z indywidualnym kryciem. Potrafiliśmy narzucić wysokie tempo i w obronie i w ataku. Graliśmy agresywnie, poszliśmy na wymianę ciosów. Niemcy nie mieli czasu na rozglądanie się gdzie mają zagrać. Już po pierwszych minutach półfinału wiedziałem, że jest bardzo dobrze. Graliśmy swoje i nie popełnialiśmy błędów. Niemcy spodziewali się trudnego meczu, ale nie aż takiego. To był nasz najlepszy mecz w reprezentacji odkąd w niej gram!
Do takiej gry, jaką prezentowaliście trzeba kondycji.
- Uważam, że nasza drużyna jest bardzo mocna jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne nie tylko na hali, ale i na otwartych boiskach. Bieganie w szybkim tempie to klucz do tego, by wygrywać z najlepszymi. Musimy dalej tak grać.
Jak to jest, że swój najlepszy hokej pokazujecie już po raz kolejny dopiero w fazie pucharowej?
- Masz rację, że tak jest! Zwykle, jak po bólach przebrniemy fazę pucharową, to najlepsze mecze gramy w półfinałach i finale. Chyba w tych meczach o medale jesteśmy bardziej skupieni, i co dziwne łapiemy więcej luzu. W meczach o miejsca 5-8 nie ma się ochoty orać na całym boisku. Bo czym różni się 5 od 8 miejsca? Dla mnie liczą się tylko medale.
Jak ty – bardzo doświadczony już hokeista z ponad setką meczów w kadrze na koncie, koncentrujesz się i wyciszasz przed takimi meczami, jak z Niemcami czy Austriakami?
- Wyciszasz? (śmiech) Dobre! Mam taką cechę, że im trudniej, im więcej ludzi na trybunach, tym czuję się lepiej. Mecze o stawkę z ciśnieniem bardzo mnie nakręcają. Jak wyszedłem przed półfinałem, zobaczyłem halę wypełnioną pięcioma tysiącami ludzi, którzy są nastawieni przeciw tobie, to odwróciłem się do kumpli i mówię: „To jest to, to jest ten dzień!” Zapamiętałem jeszcze jeden obrazek, że po tym, jak w meczu było bardzo głośno, jak był mega duży doping, tak po końcowym gwizdku zapadła absolutna cisza. Mała hokejowa nacja pokonała wielkie Niemcy i to jeszcze na ich terenie! To było wspaniałe, życzę tego każdemu.
W roku 2024 emocje były w grupie, a wy nie bylibyście sobą, żeby nie stworzyć sobie emocji i tym razem na tym etapie. Planowe i pewne wygrane z Turcją i Portugalią, minimalna porażka z Austrią – też wliczona w koszty. Ale ten mecz z Czechami, który przegrywając 2:4 rzutem na taśmę remisujecie na 30 sekund przed końcem… Po co generujecie sobie sami takie kłopoty?
- Też bym chciał wyjść na Czechów i ograć ich 6:0, ale nie róbmy z nich słabej drużyny. Przecież do meczu z nami też wygrali dwa mecze i bili się o awans do czwórki. Te mistrzostwa na hali są specyficzne. Czasem w jeden dzień grasz dwa mecze. I jeden z nich możesz mieć słabszy. Nam słabszy przytrafił się z Czechami, a oni potrafili to wykorzystać. Wspomniany już Gracjan Jarzyński, z którym mieszkałem w pokoju, gdy rano przed meczem wstał, wyglądał fatalnie. Był blady jak ściana, a gdy biegał, to go dusiło w klatce. Ale nie pękł i zagrał – szacun za to wielki. Nasz kapitan Jacek Kurowski dostał w twarz i miał złamany nos. A mimo wszystko wyszliśmy i walczyliśmy. A walczyć do końca potrafimy, bo ufamy sobie, wierzymy w siebie i swoje umiejętności. Dlatego strzeliliśmy bramkę na awans 30 sekund przed końcem z Czechami, a wcześniej na otwartych mistrzostwach na 10 sekund na remis z Chinami.
Dwa lata temu obiecałeś mi po srebrze w Leuven, że zrobisz dla swoich medali gablotę. Dotrzymałeś słowa?
- Nie (śmiech). Gabloty wciąż nie ma, a medale trzymam w kartonie. Tylko koszulkę, którą dostałem za sto występów w reprezentacji oprawiłem w antyramie i powiesiłem w centralnym miejscu domu w salonie nad telewizorem. Teraz każdy kto wchodzi, od razu o nią pyta.
A co do gabloty – to może zrobię ją jak będzie złoto, albo bilet na igrzyska do Los Angeles?
Żeby jechać na igrzyska do Los Angeles, najpierw trzeba pojechać na mistrzostwa świata na otwartych boiskach. Wspomniałeś, że już niedługo gracie turniej kwalifikacyjny.
- Tak, od 22 lutego do 8 marca jedziemy do Chile bić się o mistrzostwa świata. Nasz awans może być kluczowy do awansu na igrzyska.
To byłby kolejny sygnał na to, że zasługujemy na poważne finansowanie, a nie traktowanie naszej dyscypliny po macoszemu przez ministerstwo sportu.
Mocno powiedziane...
- Bo uważam, że jesteśmy bardzo niedoceniani za to, co robimy. A idziemy mocno do przodu. Mamy medale mistrzostw halowych, graliśmy ostatnio na otwartych boiskach z elitą Europy. I ktoś powie, że wysoko przegraliśmy z Anglią czy Niemcami, ale sami rywale mówią, że zrobiliśmy niesamowity progres. Chcą z nami grać, bo jesteśmy wymagającym przeciwnikiem. Zapraszają nas na sparingi. Ale żeby tam jechać, trzeba finansowania. Bez niego nie będziemy konfrontować się z czołówką.
Awans w Chile może być game changerem jeśli chodzi o finanse dla was?
- Tak. Do igrzysk pozostały dwa lata, więc powinno nas się zauważyć. Mocniej wesprzeć. Dać regularną szansę na grę z mocnymi nacjami. Nie można wciąż liczyć, że ciężką pracą dalej będziemy robić wyniki ponad stan. Przecież my poza treningami normalnie chodzimy do pracy.
Tu też?
- Tak. Pracuję 8-10 godzin dziennie zawodowo, do tego mam 6-7 treningów i w weekend mecze. Tak naprawdę mam tylko jeden dzień wolny. Ludzie muszą wiedzieć, że nie mamy kasy jak piłkarze, że nasza dyscyplina, to ciężki kawałek chleba. Stąd ten mój apel o poważne dofinansowanie naszej dyscypliny.
Wróćmy na halę. Już w sobotę w superlidze czekają cię derby twojej Warty z Grunwaldem. To będzie jeden z dwóch meczów do zakończenia rundy zasadniczej. Na razie jesteście na drugim miejscu, a prowadzi sensacyjnie Rogowo.
- Dla mnie nie liczy się, które miejsce zajmiesz na koniec sezonu zasadniczego, pod warunkiem, że będziesz w czwórce. Myślę, że Rogowo może skończyć na 4 miejscu, a my walczymy o mistrzostwo Polski. Do awansu do top 4 brakuje nam punktu, ale zagramy o pełną pulę. Grunwald z nami będzie osłabiony, bo za kartki będzie pauzował Mikołaj Głowacki. Nie wiem też czy zagra Jacek Kurowski, który w poniedziałek miał operację tego złamanego nosa. Brak Jacka to byłoby potężne osłabienie Wojskowych.
Ale ty grałeś kiedyś z rozciętą ręką.
- No tak (śmiech). Ale nos to dużo poważniejsza sprawa. Wiesz, jakiś głupi kontakt i nos znowu będzie złamany. A to nie założenie dwóch, trzech szwów.
Liga halowa kończy się 2 lutego, potem macie turniej w Chile do 8 marca. Czy ten czas do 11 kwietnia, kiedy rusza superliga na trawie wykorzystasz na jakąś egzotyczną podróż z narzeczoną?
- Nie, nie tym razem. Ale planujemy gdzieś jechać na koniec roku w tym czasie między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem. Od wielu lat nie będziemy w tym tygodniu ciężko trenować.
Wiesz już gdzie pojedziecie?
- Jeszcze nie.
Może wzorem brata – Roberta do Abu Zabi, gdzie trenuje teraz z Lechem?
- Nie, bo nie ciągnie mnie do krajów arabskich.
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android .
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze