„Zmieniły mi się w życiu priorytety. Planuję iść na studia, a wszystko rozbija się o wolne weekendy” – mówi Patrik Uyen. Młody skrzydłowy Enei Grunwaldu Poznań zaskoczył środowisko decyzją o zawieszeniu obiecującej kariery. Dlaczego rzucił spedycję, jak zapasy pomogły mu w piłce ręcznej i co czuje, gdy myśli o reprezentacji Holandii? O tym wszystkim skrzydłowy Wojskowych opowiedział w rozmowie z Michałem Bondyrą
Michał Bondyra: Dopiero co karierę zakończył Adam Pacześny, a teraz Ty poinformowałeś, że nie będziesz grał nie tylko w Grunwaldzie, ale w ogóle na parkietach. Kończysz karierę, czy ją zawieszasz?
Patrik Uyen, skrzydłowy Enei Grunwaldu Poznań: Zawieszam, daję sobie rok.
Masz 21-lat i łatkę utalentowanego skrzydłowego. Skąd ta decyzja?
- Zmieniły mi się w życiu priorytety. Planuję od października iść na studia. Nie będę już w stu procentach dostępny w weekendy, co jest wymogiem w Lidze Centralnej. W tygodniu myślę, że treningi z pracą mogę łączyć, natomiast wszystko rozbija się o te weekendy.
To już definitywna decyzja?
- Jeśli znajdę czas i możliwości na połączenie pracy, studiów i gry np. w 1. lidze, to myślę, że sprawa jest otwarta. Tym bardziej, że rozstaliśmy się z Grunwaldem w bardzo dobrej atmosferze. Porozmawiałem z prezesem Jakubem Pochopniem, a on świetnie się zachował, zostawił dla mnie drzwi otwarte do powrotu.
Zaskakujące to jest. Raczej młodzi ludzie robią odwortinie: rzucają naukę dla sportu.
- Ja zwykle lubię iść pod prąd.
Podobno pracujesz w branży, w której działa trener Michał Tórz.
- Tak w spedycji, ale już tam nie pracuję. Teraz chcę być elektrykiem, stąd te studia na Politechnice Poznańskiej, bo na razie mam wykształcenie średnie, jestem po ogólniaku.
Jak oceniasz te trzy lata w Grunwaldzie?
- Treningowo to były cztery lata. To był bardzo dobry czas, dużo się nauczyłem, poznałem świetnych ludzi. Na nikogo w szatni złego słowa nie powiem. Wiem, że jak będę potrzebował w czymś pomocy, to mogę się do nich o nią zwrócić. Oni też wiedzą, że zawsze mogą się do mnie odezwać. To jest magiczna drużyna. To jest ekipa, która wkłada głowę tam, gdzie ludzie baliby się włożyć rękę. Byłem w Grunwaldzie takim trochę pomostem między Ligą Centralną, a pierwszą ligą. Między pierwszą, a drugą drużyną. Miałem mnóstwo meczów i tu i tu, choć ostatnio więcej w 1. lidze. Taka była moja rola. Jestem bardzo wdzięczny za ten wspólny czas.
W Grunwaldzie lubiłeś motywować innych?
- Niezależnie od ligi podchodzę do meczów bardzo emocjonalnie. Zwykle na początku jestem spokojny, ale z biegiem czasu staję się osobą, która może nie krzyczy jak trener, ale staram się motywować chłopaków.
Z Poznaniem jesteś związany jednak dłużej niż te cztery lata w Grunwaldzie, bo jesteś wychowankiem MKS-u Poznań.
- Tak. Cała moja przygoda z piłką ręczną zaczęła się w Plewiskach od trenera Macieja Markiewicza. Byłem wtedy w szóstej klasie podstawówki, gdy pan Maciej rozmawiał z moją mamą, żebym przeniósł się do Poznania do MKS-u. A że Poznań zawsze dobrze szkolił młodzież, to poszedłem. Najpierw był młodzik, junior młodszy, junior i tak krok po kroku znalazłem się w Grunwaldzie.
Pochodzisz z usportowionej rodziny?
- Mama trenowała taekwondo, a tata pływanie.
A skąd to obcobrzmiące nazwisko?
- Tata jest Holendrem. A ja przez pierwsze dziewięć lat swojego życia mieszkałem w Holandii. Teraz tata mieszka tam nadal, ale śledzi moje wyniki i mocno mi kibicuje.
W Holandii króluje piłka nożna...
- Też zaczynałem od piłki nożnej, ale po pierwszym treningu dałem sobie z nią spokój. Za to trenowałem pływanie, no i taekwondo. A i jeszcze zapasy.
Zapasy trochę się przydają w piłce ręcznej?
- Może nie na mojej pozycji, ale fizyczność jest ważna w szczypiorniaku.
Puśćmy wodze fantazji. Wracasz do szczypiorniaka i rozwijasz się tak bardzo, że dostajesz powołanie do reprezentacji Holandii. Co robisz?
- Nie mam pojęcia. Wychowywałem się w Holandii i spędziłam tam całe dzieciństwo. Czuję się pół-Polakiem pół-Holendrem. Z tej holenderskiej mentalności zostało mi, że mówię zawsze wprost. A kulinarnie lubię holenderskie frytki z majonezem. Te babci są najlepsze.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze