Patryk Bielecki z King of the Table Przeźmierowo został potrójnym medalistą Młodzieżowych Mistrzostw Polski w tenisie stołowym. 22-latek z Lubelszczyzny w szczerym wywiadzie z Michałem Bondyrą opowiedział o: treningach z Lucjanem Błaszczykiem, walce z europejską czołówką, katorżniczych treningach, tanecznej przeszłości i o tym, dlaczego jego klub odpuścił awans do Superligi.
Michał Bondyra: Który z tytułów młodzieżowego mistrza Polski trudniej było zdobyć: ten w deblu czy ten w grze mieszanej?
Patryk Bielecki - tenisista stołowy King of the Table Przeźmierowo: W grze mieszanej nigdy w życiu nie udało mi się nawet stanąć na podium, więc to w niej były dla mnie zdecydowanie cięższe boje, by zdobyć złoto.
Czym różniła się w specyfice gra w parze z Mateuszem od tej z Kamilą? Przecież tu i tu gracie de facto w debla.
- W grze mieszanej musiałem brać bardziej ciężar gry na siebie, podejmować więcej ryzyka niż w grze deblowej. Mateusz jest świetnym zawodnikiem, który wygrał mistrzostwo młodzieżowe w singlu, występuje też w kadrze narodowej. W parze z Mateuszem graliśmy bardziej taktycznie, zamykaliśmy rywali, otwieraliśmy akcje, potrafiliśmy postawić się w ofensywie. Dogadywaliśmy się z Mateuszem bardzo dobrze, bo przez trzy lata graliśmy w Drzonkowie pod okiem Lucjana Błaszczyka. Nieraz graliśmy też debla w Lotto Superlidze.
Mateusz wspominał, że to był wasz pierwszy wspólny medal.
- Tak, bo jeśli chodzi o turnieje ogólnopolskie on grał zawsze z innym naszym kolegą – Mateuszem Żelengowskim, a ja szukałem innych partnerów deblowych. W końcu udało nam się wspólnie zagrać i wygrać. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego złotego medalu mimo że byliśmy głównymi faworytami według rankingu.
Brąz dla drużyny z Przeźmierowa zdobyty z Mateuszem Rutkowskim jak traktujesz?
- Bardzo fajnie. Tym bardziej, że każdy medal dla klubu, który zaczął swoją działalność kilka lat temu ma swoją wartość. Na pewno pozostaje lekki niedosyt, bo w meczu półfinałowym byliśmy bardzo blisko zwycięstwa nad kolegami z województwa podkarpackiego.
W marcu zostałeś mistrzem Wielkopolski seniorów. To te zawody dały Tobie przepustkę do Mistrzostw Polski. Jak wspominasz ten regionalny turniej?
- Poziom organizacji zawodów w Wielkopolsce i również tych mistrzostw Województwa w Poznaniu był bardzo wysoki. Warunki były super, nie było na co narzekać.
Na Mistrzostwach Polski w Szczecinie dotarłeś do ćwierćfinału zarówno w singlu jak i w deblu. W singlu przegrałeś z Miłoszem Redzimskim, późniejszym mistrzem Polski seniorów. Jak daleko ci do seniorskiej czołówki?
- Wcześniej też stoczyłem dwa bardzo zacięte pojedynki z Patrykiem Dziubą, zawodnikiem pierwszej ligi z Rzeszowa i z superligowym zawodnikiem z Grudziądza, młodszym ode mnie o trzy lata, Rafałem Formelą. Oba te ważne pojedynki udało się wygrać i potem zagrać z Miłoszem. Wracając do pytania, ma pewno brakuje mi bardziej regularnych treningów, większej pracy włożonej przeze mnie, by z takimi zawodnikami jaki Miłosz w ogóle móc walczyć. Miłosz to przecież czołówka Europy i pięćdziesiątka świata.
Mówisz o pracy. A jak wyglądają treningi w tenisie stołowym?
- Trenuje się dwa razy dziennie, ale to jest uzależnione od tego czy zbliżają się jakieś zawody w weekend, czy jest mecz ligowy. Na pewno jest to 8-9 jednostek treningowych tygodniowo. Najpierw jest rozgrzewka poza stołem, która trwa do pół godziny, zależnie od zawodnika. Potem rozgrzewka na stole około 20 minut. Potem przez półtorej godziny ćwiczymy na stole 3-4 elementy. Na końcu jest jakieś rozciąganie lub ćwiczenia fizyczne. Każda jednostka zamyka się w dwie i pół, trzy godziny.
Poza rozgrzewkami i treningami przy stole potrzebne jest też przygotowanie fizyczne.
- Oczywiście. Dam przykład: w sobotę na mistrzostwach Polski rozegrałem 8 gier. Jeśli do każdej chcę podejść na sto procent to muszę mieć dobre przygotowanie fizyczne. Trzeba umieć pokazać swoje umiejętności grając „na zmęczeniu”. Obecnie trochę odpuściłem te treningi motoryczne, by odpoczęła głowa, ale w poprzednich latach było dużo biegania. Kiedyś grałem też w piłkę. To przekładało się na właściwe poruszanie przy stole. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że takie wytrenowanie może poprawić reakcje o milisekundy. Poza tym dobre przygotowanie fizyczne minimalizuje kontuzje. A w naszym sporcie nie tylko ręka jest bardzo obciążona, ale i plecy, biodra przez skręty, więc trzeba o tę fizyczność dbać.
Wspomniałeś, że grałeś kiedyś w piłkę nożną?
- Tak, od pierwszej do szóstej klasy regularnie trenowałem w klubie Heksa w mojej wiosce Niedrzwicy Dużej, bo tata też był piłkarzem. Grałem na środku pomocy na szczeblu wojewódzkim. W klubie uprawiałem też tenis stołowy. Przyszedł moment, że trzeba było wybrać między piłką, tenisem stołowym i tańcem.
Tańcem?
- Pięć lat chodziłem na taniec towarzyski. Dużo było tych aktywności. Wybrałem jednak tenis, bo w piłce z miliona grających przebijają się jednostki. Gdy zacząłem czuć taką zajawkę w tenisie i trenować więcej, to w trzeciej, czwartej klasie zaczęły się turnieje ogólnopolskie. Potem przyszły pierwsze sukcesy w województwie lubelskim i bardzo szybko udało mi się przebić do czołówki ogólnopolskiej w moim roczniku. Gdy byłem w piątej klasie byłem już w ósemce w młodziku. A potem już poszło.
Jaką rolę w tym, że grasz w tenisa odegrał twój tata – Robert?
- Tata od małego może nie trenował w klubie, ale tenisem stołowym zawsze się interesował. Był stół w szkole, odbijało się na przerwach. Gdy ja zacząłem grać, zainteresował się tym sportem bardziej. Mieliśmy grupę 10 osób, gdy byłem jeszcze w drugiej klasie. Tata wtedy rozwinął klub nie tylko piłkarsko, ale również tenisowo. Ściągnął trenera Tomasza Słomka, który mieszkał w Niemczech i grał kiedyś na poziomie pierwszej i drugiej ligi. Trenowałem najpierw z tatą, apotem z trenerem. To dzięki nim mogłem podnosić swoje umiejętności na początku, za co jestem im bardzo wdzięczny. Tata zresztą jest teraz moim pierwszym kibicem. Jak tylko może jeździ ze mną na zawody. Na Młodzieżowych Mistrzostwach Polski w Gdańsku kibicował mi razem z mamą.
Szybko, bo już w wieku 17 lat przeniosłeś się do Zielonej Góry. Mieszkałeś w bursie, była szkoła, treningi. To była dla ciebie taka szkoła życia?
- Oj na pewno. Trzy lata w Zielonej Górze to był główny okres mojego rozwoju. Było różnie, ale wyciągnąłem z tego okresu wiele lekcji. Wtedy byliśmy tam ze wspomnianymi Mateuszem Zalewskim czy Mateuszem Żelengowskim. No trenował nas Lucjan Błaszczyk.
Słynny Lucjan Błaszczyk to był twój pierwszy idol tenisowy?
- Czy idol? Na pewno duży autorytet ze względu na osiągnięcia tenisowe i to, że utrzymywałem się w czołówce europejskiej przez wiele lat. On wpłynął na mój rozwój, od niego czerpałem i wciąż czerpię wiele podpowiedzi. Właśnie wczoraj, zanim pan napisał byśmy porozmawiali dostałem od niego smsa z gratulacjami za medale na Mistrzostwach Polski.
Jak znalazłeś się w podpoznańskim Przeźmierowie?
- Do tego przyczynił się mój kolega klubowy, wieloletni reprezentant Polski i trener kadry narodowej – Jakub Perek. Po odejściu z Zielonej Góry, to on załatwił mi angaż w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie spędziłem poprzedni sezon. No i potem w lutym, w trakcie sezonu, gdy zastanawiałem się nad odejściem, zaproponował mi przyjście do Przeźmierowa. Szykowali się na awans do pierwszej ligi.
A w tym sezonie byliście rewelacją tej 1. ligi, jeszcze na dwie kolejki przed końcem prowadząc. Okazało się, że odpuściliście ten awans do Lotto Superligi, by wzmocnieni zaatakować w następnym sezonie. Ty już w tej Superlidze grałeś.
- Tak, jeden sezon spędziłem właśnie w Zielonej Górze. To były ciężkie doświadczenia, miałem bilans z tego co pamiętam dwóch zwycięstw i 15 porażek. Teraz ambicje mam takie by awansować i ten bilans polepszyć. Między Superligą a 1. ligą jest duży przeskok, jest wielu zagranicznych zawodników, światowa czołówka. Musimy jeszcze trochę poczekać, aż w Przeźmierowie wszystko będzie gotowe, aby rywalizować na tym poziomie.
Wzmacnia was Nemanja Dillas – reprezentant Serbii, mistrz kraju w deblu i brązowy medalista w singlu. Chyba cieszysz się na treningi z nim?
- Tak, tym bardziej, że z tego co wiem, to zawodnik leworęczny a rzadziej człowiek ma okazję pograć z mańkutem. Będziemy mieli dwóch leworęcznych tenisistów, a to też będzie atut w meczach z rywalami. Poza tym Kuba Perek grał z nim w Serbii, dobrze go zna i bardzo go polecał. A skoro Kuba poleca to bardzo dobrze, że do nas dołącza.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze