Reklama

Kamil Kumoch zostaje w Warcie Poznań, chociaż trochę się jej bał. ROZMOWA

Szalona pogoń Warty Poznań za awansem w ostatnim meczu i świętowanie do białego rana. Kamil Kumoch, kapitan Zielonych w rozmowie z Michałem Bondyrą zdradził kulisy starcia z Resovią. Będzie też o tym, jak wyglądało „one man show” w szatni i dlaczego poznański Ogródek ma lepszy klimat niż niejeden wielki stadion. Kumoch mówi jak to jest być dumnym tatusiem małej „zielonej pyrki”. No i odpowiada na pytanie: Czy chłopak z Radomia z przeszłością w Legii nie bał się przyjazdu do Poznania, w którym piłkarsko rządzi Lech.

Michał Bondyra: Co czułeś, gdy w meczu z Resovią Dmytro Avdiejew strzelał gola głową w 97 minucie? Gola na wagę remisu i awansu. 
Kamil Kumoch, kapitan Warty Poznań:
Na początku nie wiedziałem nawet kto strzelił tego gola. Ruszyłem z ławki, wykonałem sprint w kierunku drużyny. Czułem, że już nic złego nam się nie stanie. Że nikt nam już tego awansu nie odbierze. To była mieszanka ulgi z radością.

No tak, bo do tego momentu przegrywaliście z Resovią, a Świt w Szczecinie przegrywał z Olimpią Grudziądz. Taki układ nie zapewniał bezpośredniego awansu.
- W tej ostatniej kolejce był tylko jeden scenariusz, który mógł nam zabrać awans i on właśnie się spełniał. Byłem już zmieniony na ławce rezerwowych, kiedy dowiedziałem się o tym, że Olimpia strzeliła gola. Wszyscy byliśmy tym faktem podłamani, ale cały czas staraliśmy się zagrzewać chłopaków do walki. Chociaż na boisku cały czas chłopaki z Rzeszowa prowokowali nas mówiąc: „spadliście na trzecie miejsce”. My jednak wciąż wierzyliśmy w tego wyrównującego gola, bo już nieraz odwracaliśmy w tym sezonie takie mecze. Ale jak był już ten doliczony czas gry, sam zacząłem mówić: „tym razem chyba nam ten wynik ucieknie”. A tu nagle Dima pakuje gola i jest ta nasza eksplozja radości!

Reklama

Gdy rozmawialiśmy przed spotkaniem z Resovią, byłeś spokojny o jego wynik. Skąd wzięły się te problemy i to, że ten mecz tak bardzo wymykał się Wam spod kontroli? 
- Myślę, że byliśmy bardzo dobrze przygotowani do tego meczu. Wiedzieliśmy co mamy robić. Zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko jest w naszych głowach i w naszych nogach. No i tak wyszliśmy na ten mecz. Ale chyba skłamałbym, mówiąc, że kiedy byliśmy już na boisku, to nie doszło do nas to, że możemy zrobić coś fajnego, coś dużego. I myślę, że wtedy trochę ten mecz nam uciekł spod kontroli. A w takiej sytuacji, gdzie gra się o tak dużą stawkę, ta presja robi się naprawdę duża. Przecież walczyliśmy o przyszłość nie tylko klubu, ale i swoją i swoich rodzin. Nikt mi nie powie, że nie czuł wtedy presji. A ten mecz wybitnie nam się nie układał.

Ale zakończył się happy endem.
- Tak. Cały sezon graliśmy w takim stylu. Były horrory, zwariowane momenty. Ten mecz był taką klamrą, która spinała to w jakim stylu walczyliśmy przez cały sezon. A bramka Dimy w ostatnim momencie, to było najlepsze podsumowanie.

Reklama

Zdradź trochę kulisów Waszego świętowania.
- Oj działo się. Pierwsze chwile na boisku, całą drużyną, z naszymi rodzinami, naprawdę piękne chwile, piękne emocje. To są wspomnienia na całe życie. Dla takich chwil każdy sportowiec chce grać w piłkę, takie chwile go napędzają. 

Był też „one man show” Sebastiana Stebleckiego.
- Stebel to jest niemożliwy gość, atmosferowicz taki. Potem w Nurcie mieliśmy super spotkanie z kibicami, a po nim jeszcze była taka nieoficjalna impreza we własnym gronie. Bawiliśmy się do białego rana. 

Reklama

Zostajesz na następny sezon?
- Jestem po rozmowach i na ten moment wygląda na to, że zostaję. Mam klauzulę przedłużającą umowę i ona wchodzi w życie.

Sebastian Steblecki mówił,  że gdy Maciej Tokarczyk zaproponował mu angaż w Warcie i powiedział, że będzie celował w miejsca 1-6, to się rozłączył, bo myślałem, że trener oszalał. A jak Ty zareagowałeś na propozycję przyjścia do Poznania?
- Dla mnie magnesem do przyjścia do Poznania był trener Maciej Tokarczyk, z którym dobrze się znamy. Wiedziałem, że trener potrafi zebrać zespół do kupy, że ma cechy dobrego lidera, dobrego szefa. Poza tym oglądam dużo piłki i wiedziałem, że Warta to klub z historią, marką, że warto byłoby tu przyjść.

Reklama

Ale nie wierzę, że nie wiedziałeś też o tych dwóch kolejnych spadkach Warty, o problemach organizacyjnych i finansowych Zielonych. Nie miałeś obaw podpisując kontrakt?
- Trochę się bałem, bo dużo się słyszało o tych problemach organizacyjnych i finansowych. Ale tutaj też muszę powiedzieć, że fantastyczną pracę wykonał prezes, zarząd i pracownicy klubu. Od początku rozmów z prezesem czułem, że jest plan na odbudowę Warty, że przede wszystkim jest chęć powrotu do Poznania i że to będzie taki motor napędowy do tego, żeby klub zaczął wracać na właściwe tory. No i po tych pierwszych rozmowach już wiedziałem, że są tu ludzie, którzy naprawdę dla tego klubu zrobią wiele. To mnie przekonało. Z czasem okazało się, że ci ludzie stanęli na wysokości zadania. Mam bardzo fajne warunki do pracy i rozwoju. 

Powiedziałeś o tym, że planem był powrót do Poznania po sześciu latach banicji w Grodzisku Wielkopolskim. To od tego pierwszego meczu w Poznaniu zaczęła się seria zwycięstw. Jak Ci się gra w Ogródku?
- Szczerze? Tu jest naprawdę wyjątkowa atmosfera. A wiem co mówię, bo w kilku klubach i na kilku stadionach już byłem i nigdzie takiej nie było. Ogródek roztacza taką rodzinną aurę. Z jednej strony są rodziny z dziećmi, młodzi kibice w barwach z pasją, z drugiej starsi panowie, którzy są na trybunach od zawsze, którzy przeżywają i krzyczą.

Reklama

Trochę jak w lidze angielskiej?
- Tak (śmiech). Świetna atmosfera. Tutaj czuć, że ci ludzie na trybunach mają między sobą jakąś niezwykłą więź, wszyscy się ze sobą znają. Rzadko widać na stadionach piłkarskich takie relacje między ludźmi wśród kibiców. 

Niezwykli są nie tylko kibice Warty, ale też Wasz zespół. Zespół ludzi, którzy wierzą we własne możliwości i dobrze się ze sobą czują. A przy tym złożony z piłkarzy młodych albo bardzo młodych. Kto zaszczepił w Was tą wiarę w sukces?
- Sztab trenerski i wraz z Michałem Wlaźlikiem – pełnomocnikiem zarządu ds. transferów szukali ludzi o określonych cechach charakteru, które będą spójne i które pozwolą stworzyć charakterną, fajną ekipę. I tak się stało. Od początku trzymamy się razem, wspieramy się w trudnych momentach, a każdy za drugiego pójdzie w ogień. Potem doszły wyniki sportowe a wtedy jest łatwiej. 

Reklama

Tych momentów trudnych na początku było sporo. Nie wygraliście pierwszych sześciu meczów. Zwątpiłeś w to, że ten cel w postaci miejsc w top 6 może uciec?
- No właśnie nie zwątpiłem. Chociaż teraz może zabrzmieć to śmiesznie, ale ja wtedy ani na moment nie zwątpiłem w to, że te wyniki przyjdą. Widziałem jaki jest plan, jak się rozwijamy z kolejki na kolejkę. Potem było zwycięstwo z Zagłębiem i przyszły kolejne. To się nakręcało jak kula śnieżna. 

Jesteś gościem z Radomia, grałeś w rezerwach Legii Warszawa. Nie miałeś obaw przed przyjściem do Poznania gdzie króluje Lech i jego kibice? 
- Nie, nie miałem żadnych obaw. Myślę, że naprawdę niewiele osób wie, że jakiś tam Kamil Kumoch grał w Akademii Legii i chwilę też w rezerwach tego klubu. Z Legii poszedłem do Motoru Lublin, który ma dużą kibicowską bazę i tam też nie miałem żadnych problemów. 

Reklama

Podoba Ci się Poznań?
- Tak. To świetne miasto do życia. Jest tu wszystko, by być szczęśliwym człowiekiem. Ja takim jestem z żoną i córką.

Córeczka – Hania przyszła na świat w kwietniu. Dużo szczęścia masz w tych ostatnich miesiącach.
- To wyjątkowy rok w życiu moim i mojej rodziny. Hania to nasza taka „zielona pyrka”. Urodziła się tu, przez co Poznań na zawsze zostanie w moim sercu. 

Jak Ci się podoba nowa rola – rola ojca?  - 

Bardzo. Najpiękniejsze są te chwile, gdy wracam i widzę, jak ten niemowlaczek z dnia na dzień odblokowuje nowe umiejętności. Jak się do mnie śmieje. Pamiętam, że przed którymś z wyjazdów mówiłem zdenerwowany żonie, że Hania się do mnie w ogóle nie uśmiecha, a do niej tak. Nawet wysyłała mi takie filmiki ze śmiejącą się córką. Byłem zazdrosny. Potem zacząłem się zastanawiać, że może mnie nie lubi? Ale wróciliśmy z meczu z Nowego Targu nad ranem, o drugiej czy trzeciej, a Hania właśnie się obudziła i wiesz co? Pierwsze co, to się do mnie uśmiechnęła. To było piękne.

Reklama

Ojcostwo zmieniło twoje podejście do życia?
- Tu cię zaskoczę, ale nie. Zawsze chcieliśmy stworzyć z żoną rodzinkę. Gdzieś z tyłu głowy miałem, że stanę się bardziej odpowiedzialny już nie tylko za siebie, za żonę, ale i za dziecko. Ten mój świat trochę się powiększył. Ale podoba mi się to. Teraz wracamy do domu rodzinnego, bo już nasi rodzice nie mogą się doczekać aż zobaczą wnuczkę.


Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 12/06/2026 18:25
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości