Reklama

„Wujek” z Warty Poznań o kulisach przyjaźni z legendą Lecha: Nocowali mnie i karmili

Sebastian Steblecki to jeden z najlepszych piłkarzy wygranego przez Wartę Poznań meczu z Olimpią w Grudziądzu. Przeszedł w piłce niemal wszystko – od lekcji taktyki w holenderskim Cambuur, przez reprezentacyjne epizody przeciwko Mikaelowi Ishakowi, aż po rolę „dziadka” w młodej szatni Warty Poznań. W szczerej rozmowie z Michałem Bondyrą pomocnik „Zielonych” ocenia demolkę Lecha nad Legią, zdradza kulisy swojej przyjaźni z Hubertem Wołąkiewiczem i tłumaczy, dlaczego mimo ogromnej presji nazwiska, nie został gwiazdą hokeja na lodzie, jak jego ojciec.

Michał Bondyra: Wygraliście szalenie ważny mecz w Grudziądzu z Olimpią, ale pozwól że zanim o nim pogadamy zapytam cię o mecz którym żyje cała Polska. Przed meczem rozmawialiśmy, że Lech ma dużo jakości, ale Legia nie przegrała 10 meczów i ma na ławce trenera Marka Papszuna, a tu? Aż 4:0 dla Kolejorza. Jak skomentujesz to co stało się w niedzielę w meczu między Lechem a Legią?
Sebastian Steblecki, piłkarz Warty Poznań:
Mówiłem ci wtedy, że poznańska lokomotywa jest dobrze naoliwiona i że serce podpowiada mi 2:1 dla Lecha. Dziś przyznam że ten wynik był zaskakujący. Nie samo zwycięstwo Lecha, a jego rozmiary. Uważam, że to co pokazali w niedzielę piłkarze Lecha to jasny sygnał dla kibiców, że drużyna jest gotowa by zdobyć w tym sezonie mistrzostwo Polski. Pokazują jakość w trudnych meczach, w których muszą mierzyć się z dużą presją. To cechuje drużyny mistrzowskie – że dźwigają presję, gdy jest ona największa.

Powiedziałeś, że sercem jesteś za Lechem. Jako Krakus grający w Cracovii też czułeś tą przyjaźń z Poznaniem, z Kolejorzem?
Zdecydowanie. Będąc trampkarzem bardzo często przyjeżdżałem do Poznania na turnieje. Pamiętam na przykład jeden z takich turniejów w Dopiewie. Do dziś mam wielu znajomych z tego rocznika 92 właśnie z Wielkopolski, z Poznania. Pamiętam też jak przyjechaliśmy późnym wieczorem busem na Bułgarską całą ekipa trampkarzy Cracovii. A tam już stała cała drużyna trampkarzy Lecha wraz ze swoimi rodzicami. Każdy z nas u kogoś nocował w domu. Ja np. u Szymona, Tomka, z którymi mamy kontakty do dziś. 

Reklama

Podobno kumplujesz się mocno z jednym z byłych filarów Lecha?
To prawda, z Hubertem Wołąkiewiczem, byłym kapitanem Kolejorza, z którym razem występowaliśmy w Cracovii. Kiedy on był w moim mieście to pomagałem mu się w nim zadomowić. Teraz, gdy jestem w Poznaniu to Hubert ze swoją żoną bardzo mi pomogli na starcie. Gdy szukałem mieszkania przenocowali mnie, nakarmili. Wiele im zawdzięczam. Do dziś mamy super kontakt. Cały czas się spotykamy na jakieś oglądanie Ligi Mistrzów czy mecz Ekstraklasy. 

A na Bułgarskiej bywasz?
Byłem już parę razy w tym sezonie. Hubert jako były piłkarz ma łatwiejszy dostęp do biletów niż zwykły kibic. Szczególnie na mecze, na które trudno dostać wejściówki. Ostatnio wspólnie byliśmy na meczu Lecha z Zagłębiem Lubin. 

Reklama

Pociągnę jeszcze temat Lecha. Za czasów Marcina Dorny zagrałeś dwa razy w eliminacjach do Euro u 21 ze Szwedami, poza tym towarzysko z Portugalczykami. W Szwecji na szpicy grał wtedy… Mikael Ishak, a w Portugalii – Joel Perriera. Pamiętasz te mecze?
Tak. Jeden mecz ze Szwedami udało nam się wygrać, poza tym dostaliśmy łomot od Portugalczyków. Dla mnie to były epizody po kilka minut. Ale do dziś jestem dumny z tego, że mogłem założyć koszulkę reprezentacyjną. To było wyróżnienie, na które zapracowałem. Ale ani z Miką ani z Joelem kontaktów nie miałem i nie mam.

Masz tą koszulkę z 2013 roku gdzieś w antyramie?
W antyramie może nie, ale zbieram pamiątki. Mam na przykład koszulkę Cracovii z 2012 roku, gdy awansowaliśmy do Ekstraklasy. Podpisał mi się na niej cały zespół. Ta koszulka jest prosto z meczu, w ogóle nie prana. Po tylu latach nie śmierdzi już potem (śmiech). 

Reklama

Wtedy byłeś w naprawdę mocnym gazie do tego stopnia, że zapracowałeś na dwuletni kontrakt w Holandii. Jak wspominasz dwa sezony w SC Cambuur?
Dosłownie trzy tygodnie temu znowu awansowali do Eradivisie. Ten klub na przestrzeni lat wciąż balansował na granicy ekstraklasy i 1 ligi. Gdy odchodziłem spadek mocno pukał do drzwi tego klubu. Nauczyłem się tam wielu rzeczy. Innego spojrzenia na piłkę, od przygotowania do treningu, po zwracania uwagę na istotne rzeczy takie, jak przygotowanie motoryczne, które wtedy było na zupełnie innym poziomie niż u nas, jak dieta, jak trening mentalny. Jak budowanie siebie jako człowieka, świadomość dbania o swój rozwój. To były aspekty, z którym się wtedy zderzyłem się po raz pierwszy, a które teraz w polskiej piłce są normalnością. 
Dam Ci przykład. W Holandii już wtedy przykładano wielką wagę do grania na odpowiednią nogę. Coś na co nie zwraca się mocnej uwagi. Chodzi o to, żeby zagrać piłkę w odpowiednim tempie, na odpowiednią nogę, co czasem zmienia całą strukturę i tempo akcji. Wtedy moje podanie staje się wiadomością – masz gościa na plecach, to ja gram tobie na prawą nogę sugerując, że rywal cię zabiega od lewej strony. Takie rzeczy ułatwiają grę. 

Tej gry u ciebie było sporo, podobnie jak klubów. Poza Cracovią i Cambuur były przecież i Górnik Zabrze, i GKS Tychy, Chojniczanka, Polonia Bytom. Byłeś takim obieżyświatem?
I tak i nie, bo zauważ, że wiele z tych klubów było w aglomeracji śląskiej. Zabrze, Tychy czy Bytom dają taką możliwość, że praktycznie jesteś w jednej przestrzeni. Wszędzie jest blisko. Grając w Bytomiu mieszkałem na przykład w Katowicach. Pamiętam, że wtedy ekipą 5-6 chłopaków łapaliśmy się w jedno auto i trasą chorzowską codziennie dojeżdżaliśmy 17 km na trening. To zajmowało nam ledwie 20 minut. Teraz jak mieszkam w centrum Poznania, gdy muszę dostać się na Wildę na ulicę Spychalskiego, żeby potrenować jadę czasem niewiele krócej. 

Reklama

Czasem szybciej dojedziesz z podpoznańskiej miejscowości niż z jednej dzielnicy do drugiej. 
Nie musisz mi mówić. Jestem z Krakowa, temat korków znam od podszewki. 

A co w Poznaniu poza korkami przypomina ci Kraków?
Jeżyce. Mają taki fajny restauracyjno-kawiarniany klimat jak na krakowskim Kazimierzu. Lubię ludzi, uwielbiam rozmawiać więc to miejsce skrojone pode mnie.

Rozmawiałem z ludźmi z Warty i każdy mówi to samo: jako najstarszy zawodnik, mógłbyś odcinać kupony od kariery, a ty dajesz z siebie wszystko, motywujesz, walczysz. Skąd się to u ciebie bierze?
Pewnie zaszczepił mi to mój tata - Roman. Wielka persona, olimpijczyk, wybitny reprezentant Polski, 9-krotny mistrz Polski. Hokeista, którego koszulka wisi nad lodowiskiem Cracovii na ulicy Siedleckiego. Gość, którego wszyscy znają. 

Reklama

Miałeś czas, że musiałeś wychodzić z cienia ojca?
Ta presja nade mną zawsze wisiała, były komentarze, że jestem synem Stebleckiego, że gram bo mój tata jest legendą.

Dlaczego nie zostałeś hokeistą?
Próbowałem hokeja, ale to jest sport bardzo niszowy w Polsce. Teraz trochę zaczyna się rozwijać, ale wciąż brakuje w nim pieniędzy. Dużo łatwiej wysłać syna na boisko szkolne i kupić mu trampki za 20 zł, niż kupić kij, krążek, ochraniacze, łyżwy, nauczyć go jeździć na lodzie. Znaleźć lodowisko, które trzeba utrzymać. Postawiłem na piłkę.

Reklama

Jesteś w Warcie. Czujesz się w tej młodej szatni jak starszy brat?
Trochę tak. Oni sobie czasem żartują mówiąc do mnie „wujek” albo „dziadek”. Nie mam z tym problemu, bo mam dystans do siebie. Mam świadomość swojej roli. Pewnych rzeczy nie oszukasz. Nie jestem Afrykańczykiem więc PESEL-u nie przebiję (śmiech). 

Mówi się, że tę rundę macie gorszą patrząc na wyniki. Czy to może być związane z presją i brakiem doświadczenia tych młodych przecież chłopaków?
Zagraliśmy świetną rundę, zrobiliśmy super wyniki, a ludzie pompują balonik. Po takich meczach jak ten z Podbeskidziem czy ze Śląskiem są tacy co wieszczyli kryzys, ale teraz po zwycięstwie w Grudziądzu już nie wieszczą. Odkąd tu jestem rozegraliśmy 23 mecze, z których przegraliśmy tylko 2! O jakim my kryzysie mówimy? Wiele zespołów zmieniło swoje składy, my już też nie jesteśmy traktowani jak underdog, a jak kandydat o coś więcej niż środek tabeli. Przecież siłą rzeczy każdy z nas zobaczy tabelę, więc skoro jesteśmy wysoko, to naturalne, że gramy o wysokie cele. 

Reklama

Czy ten mecz wygrany teraz 4:2 w Grudziądzu traktujesz jak spotkanie za 6 punktów?
Nie, bo do rozegrania zostało jeszcze 5 kolejek. Samo spotkanie było bardzo trudne, ale zagraliśmy w nim solidnie i mądrze. Mimo dwóch błędów, które dały gole przeciwnikowi mieliśmy w sobie wiarę w zwycięstwo do samego końca. To zwycięstwo cieszy, ale nic nie przesądza, zostało jeszcze 5 trudnych meczów i do każdego z nich trzeba być dobrze przygotowanym. 

Czyli celem jest awans?
Kurcze otwierasz komórkę i wyskakuje ci ta tabela. W niej jesteśmy drudzy. Przecież nie powiemy, że gramy o top 6, albo o środek tabeli. Robimy swoje, ale bez szumnych zapowiedzi. 


Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/04/2026 16:34
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości