Artur Kujawiński kolejny raz dokonał rzeczy niezwykłej. Poznański ultramaratończyk ukończył jeden z najtrudniejszych biegów na świecie, Maraton Piasków. Pokonał blisko 270 kilometrów przez Saharę, bez kontaktu ze światem, z ograniczonym dostępem do wody, ale za to z ogromnym ... bólem. "Spełniłem swoje wielkie marzenie, ale ból był potworny, jakby ktoś obdzierał mnie ze skóry"
Artur Kujawiński ukończył jubileuszową, 40. edycję legendarnego, etapowego Maratonu Piasków. Bieg ten uznawany jest za jeden z najtrudniejszych etapowych ultra na świecie. Dlaczego? Poznański ultramaratończyk opowiedział nam o tym niezwykłym starcie.
Organizacyjne mistrzostwo:
Przed biegiem mniej więcej wiedziałem jak to wygląda, ale na miejscu przerosło to moje najśmielsze wyobrażenia. Sama organizacja biegu stoi na bardzo wysokim poziomie. Był to biwak dla ponad 200 namiotów, 1500 osób plus kilkaset osób z obsługi. Do tego camp medyczny, coś niesamowitego. Ten biwak, co ciekawe w całości był trzy razy przenoszony, a przecież wszystko działo się na pustyni. Sześć etapów, 270 kilometrów, bardzo ciekawe i wymahgające było to, że czwarty etap miał 100 kilometrów i przebiegał przez jedną z większych wydm. Było to ogromne wyzwanie.
Reklama
Bez pomocy medycznej ani rusz. Szpital polowy
Kondycyjnie byłem bardzo dobrze przygotowany. Wydolnościowo i mięśniowo nie było większych problemów, ale to co mnie zaskoczyło, to problemy już po pierwszym dniu ze stopami. Widziałem filmiki przed biegiem, ale myślałem, że to były odosobnione przypadki osób niedoświadczonych w biegach ultra, ale to co się tutaj dzieje ze stopami, to przekracza wszelkie granice. Nie widziałem żadnej osoby, która nie odwiedziłaby punktu medycznego przynajmniej raz. dziennik przyjmowanych było do tysiąca osób, To jest coś niewyobrażalnego. Taki punkt wyglądał jak szpital polowy na wojnie. Sam miałem jedną otwartą rane, byli ludzie o kulach, były omdlenia, kroplówki, rany, otarcia pleców. Naprawdę prawdziwy obóz przetrwania.
Reklama
Piasek nas zasypywał
Bieg to była tylko część wyzwania. Wyzwaniem było bycie przez tydzień w tych namiotach berberyjskich. To tak naprawdę była płachta wbita w ziemię. Do tego przeżyliśmy burzę piaskową, tak więc ostatnie dwa, trzy dni piasek nas zasypywał. Były też kłopoty z rozpaleniem ognia.
10 kg na plecach
My nie tylko biegliśmy z całym ekwipunkiem (śpiwór, karimata, latarka, powerbank), ale oprócz tego mamy ze sobą żywność na cały tydzień. Od organizatora dostaliśmy tylko 5 litrów wody dziennie i to musiało starczyć na uzupełnienie nawodnienia, na mycie, na ewentualne przepranie bielizny. Minimalna waga plecaka wynosiła 6,5 kilograma, ale niektórzy mieli po 11 kilogramów. Ja, bez wody miałem 7,5 kilograma w plecaku.
Reklama
Ogromny ból i cierpienie
Najbardziej zaskoczyły mnie obrażenia stóp, które były niewiarygodne. Człowiek musi przyjąć to cierpienie, to jest jak odzieranie stóp ze skóry. Nie boję się użyć takiego stwierdzenia. Myślałem, że mnie to nie spotka, albo, że punkt medyczny odwiedzę pod koniec biegu, a musiałem tam iść już po pierwszym dniu. Ze sportowego punktu widzenie nie jestem usatysfakcjonowany. Po pierwszym etapie byłem w pierwszych 10% uczestników, ale te obrażenia spowodowały, że od trzeciego etapu systematycznie zwalniałem, a ból praktycznie uniemożliwiał mi bieg. Ból był tak potężny, że mogę to porównać do biegnięcia po rozżarzonym węglu lub po igłach, czy szkle. Z każdym krokiem potężny ból.
Reklama
Spełnione marzenie
Wśród biegaczy było wielkie zjednoczenie, nawiązanie więzi z zawodnikami, wspaniałe uczucie. Bieg z plecakiem, plus przetrwanie na pustyni w spartańskich warunkach, ale z drugiej strony piękne widoki, Sahara, czyli moje wielkie spełnione marzenie. Ponad 20 lat o tym myślałem, ale koszty uczestnictwa w tym biegu są potężne. Pozyskałem jednak sponsorów i dzięki nim oraz mojej rodzinie wystartowałem. Jestem bardzo szczęśliwy, ale mam jeszcze na ten rok kilka planów.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze