(Fot. Krzysztof Szrama/PSŻ Poznań)
Zaangażowany od kilku lat w działalność poznańskiego środowiska żużlowego od tego roku przejął istotne stanowisko, które dla sztabu szkoleniowego jest nieodzownym wsparciem by wszystko funkcjonowało nie tylko dynamicznie ale i prawidłowo szczególnie gdy liczy się czas reakcji na wydarzenia zarówno na torze jak i w parku maszyn. Na Łukaszu Krupie jako kierownikowi drużyny spoczywa duża odpowiedzialność szczególnie w trakcie ligowych meczów Hunters PSŻ Poznań. W rozmowie z Dawidem Procajło opowiada m.in. o tym jak trafił na Golęcin, co należy do jego obowiązków jako kierownika drużyny oraz jak radzi sobie ze stresem podczas pracy w parku maszyn w czasie zawodów.
Dawid Procajło: Od początku tego sezonu na stałe pełnisz funkcję kierownika drużyny Hunters PSŻ Poznań. Zanim jednak przejdziemy do czasu teraźniejszego chciałem zapytać Cię jak zaczęła się twoja przygoda z żużlem?
Łukasz Krupa, kierownik drużyny Hunters PSŻ Poznań: Żużel przewijał się w moim życiu od młodych lat. Moje pierwsze świadome początki z tym sportem to oglądanie meczów w telewizji Puls na początku lat 2000. Później z zapartym tchem śledziłem rozgrywki Drużynowego Pucharu Świata. Prawdziwy przełom nastąpił jednak po moim powrocie do Polski pod koniec 2019 roku i przeprowadzce do Poznania.
Nadszedł rok 2020, wybuchła pandemia, a ja bardzo dużo pracowałem. Miałem wtedy taki zwyczaj, że w późnych godzinach wieczornych siadałem przed telewizorem, żeby po prostu dać głowie odpocząć po całym dniu. Któregoś razu, już w 2022 roku, trafiłem na transmisję meczu PSŻ-u Poznań. Obejrzałem raz, drugi, trzeci... Stało się to dla mnie idealną odskocznią od codziennych obowiązków i świetnym sposobem na relaks. Zaczęło się więc od ekranu telewizora, ale w 2024 roku pojawiłem się na Golęcinie na meczu z ROW-em Rybnik. I jak już wtedy wszedłem na stadion, tak zostałem na nim do tej pory.
Pamiętasz kto był twoim pierwszym idolem?
Szczerze mówiąc, nigdy nie miałem idoli w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jednak od młodzieńczych lat ogromne wrażenie robił na mnie Emil Sajfutdinow. Jestem jego wielkim fanem do dzisiaj, a oglądanie jego jazdy na żywo sprawia mi ogromną przyjemność - niesamowicie imponuje mi swoim stylem na torze.
Choć wiem, że Emil był już parę razy na Golęcinie, i to w momentach, kiedy ja również byłem na stadionie, to do tej pory nigdy nie udało mi się go „złapać”. Mam jednak nadzieję, że przy najbliższej okazji na pewno na niego zapoluję, żeby w końcu zrobić sobie z nim wspólne zdjęcie i porozmawiać. Pod tym względem to jedyny zawodnik, do którego wciąż mam taki kibicowski dystans.
Ze sportem żużlowym od całkiem niedawna zacząłeś obcować, a jak to się stało, że trafiłeś na Golęcin i zaangażowałeś się w działalność PSŻ Poznań?
Wszystko zaczęło się jesienią 2024 roku. Roman Ratajski wrzucił wtedy post na grupie kibiców PSŻ-u z prośbą o pomoc - szukał chętnych, którzy mieliby wolną sobotę i chcieli przyjść na stadion pomóc ekipie technicznej przy demontażu i wywózce band pneumatycznych. Pomyślałem: "czemu nie?". Miałem wolny weekend i chciałem po prostu wyjść z domu. Poszedłem i w ten sposób poznałem trzon ekipy technicznej, między innymi Adama Kostyka czy Adriana Siewerta.
To składanie band było ostatnią akcją przed zimą, kończącą tamten sezon. Temat jednak wrócił w styczniu 2025 roku, kiedy klub ogłosił, że poszukuje osób funkcyjnych oraz wspomagających dla ekipy technicznej. Ponieważ dysponowałem wolnym czasem, zgłosiłem się bez wahania. Przeszedłem szkolenia na kierownika parku maszyn oraz wirażowego. W międzyczasie trafiłem też do grupy dla osób pomagających klubowi, którą zarządzał Maciej Wróblewski. Pojawiłem się raz, drugi, trzeci na pracach przygotowawczych przed nowym sezonem... i tak już zostałem. Dziś jestem częścią tej ekipy, tzw. Roboli z Golaja, którzy przygotowują stadion przed sezonem, stanowią zaplecze techniczne przy okazji meczów, rozkładają plandekę czy sprzątają stadion po zakończeniu sezonu, przygotowując go do zimy. W te prace również się angażuję.
A próbowałeś kiedyś swoich sił na motocyklu żużlowym?
Prywatnie jeżdżę na motocyklu przeznaczonym do jazdy po drogach publicznych. Muszę jednak przyznać, że mam w planach spróbowanie sił w żużlu. Obiecałem sobie, że gdy tylko skończę wykańczać dom i będę miał swój garaż, kupię motocykl żużlowy i na pewno nauczę się na nim jeździć. Nie wiem jeszcze dokładnie, kiedy to się stanie - czy uda się to już tej jesieni, czy dopiero w przyszłym roku - ale to cel, do którego dążę. Na pewno jest to aspekt świata żużlowego, który chciałbym mocno zgłębić, szczególnie gdy mam możliwość obserwować mechaników w parku maszyn podczas pracy czy to przed czy w trakcie meczów. Kwestie sprzętowe, z racji mojej inżynierskiej natury, są dla mnie bardzo interesujące i na pewno będę dążył do tego, aby je zgłębiać, po to by jeszcze lepiej rozumieć i czuć ten sport.
Jaka była twoja droga by zostać obecnie kierownikiem drużyny?
Muszę przyznać, że była dość niespodziewana. Przez cały wcześniejszy sezon pełniłem funkcję kierownika parku maszyn - bardzo dobrze się w tym odnajdywałem, a dla mnie samego było to niezwykle ciekawe i rozwijające doświadczenie. Klub musiał być zadowolony ze sposobu, w jaki wypełniałem swoje dotychczasowe obowiązki, skoro jesienią ubiegłego roku zostałem zaproszony na rozmowę przez Dyrektor Weronikę Kęsy. To właśnie wtedy padło pytanie, czy nie chciałbym objąć stanowiska kierownika drużyny.
W tamtym momencie funkcję tę na stałe pełnił Tomasz Zieliński. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie podejmę się tego wyzwania. Zresztą do dziś, jeśli jest taka potrzeba - na przykład podczas zawodów młodzieżowych - pełnie różne funkcje, w zależności od tego, jaka jest potrzeba chwili.
Kolejnym etapem było ustalenie warunków współpracy. Kierownik drużyny to już funkcja urzędowa, wymagająca znacznie większego zaangażowania. W grę wchodzą nie tylko mecze domowe, ale i wyjazdy, a terminarz bywa urozmaicony - spotkania wypadają czasem we wtorki czy czwartki. Na szczęście mam w pracy trochę urlopu, który mogę w części przeznaczyć na swoje hobby, jakim jest żużel. Następnie klub zgłosił mnie na egzamin PZM-owski. Zdałem go za pierwszym razem, z czego jestem naprawdę dumny, bo wiem, że te testy wcale nie należą do najłatwiejszych, a ilość regulaminów do nauczenia się jest naprawdę spora.
Swoją oficjalną przygodę w nowej roli zacząłem od marcowego sparingu z Unią Leszno. Na początku sezonu dzieliliśmy się jeszcze obowiązkami z Tomkiem Zielińskim, natomiast od meczów w długi weekend czerwcowy, z Piłą oraz Ostrowem, funkcję kierownika drużyny pełnię już całkowicie samodzielnie.
Kierownik drużyny to dość istotna i odpowiedzialna funkcja w sztabie szkoleniowym. Jakie są twoje zadania na tym stanowisku i jak bardzo one ułatwiają życie menedżerowi, trenerowi oraz zawodnikom?
Tak jak wspomniałeś, na tym stanowisku ciąży spora odpowiedzialność, głównie od strony formalnej i regulaminowej. Kierownik reprezentuje zespół przed, w trakcie i po meczu. To ja rozmawiam z sędzią, mam prawo składać ewentualne protesty czy uwagi, zgłaszam drużynę do zawodów oraz przekazuję zmiany w obsadzie biegów. Dbam o to, by wszystko sprawnie funkcjonowało organizacyjnie - pilnuję chociażby tego, by zawodnicy wyjeżdżali na tor na czas i w odpowiedniej kolejności. Co ważne, te obowiązki dotyczą nie tylko drużyny seniorskiej, ale również zawodów młodzieżowych, takich jak na przykład Drużynowy Puchar 2. Ekstraligi 500R.
Podczas meczu każdy ma swoje zadania: mechanicy pracują w boksach, zawodnicy walczą na torze, a trener i menedżer skupiają się na taktyce. Moja rola polega na tym, by zdjąć z ich barków całą tę biurokrację i pilnować detali.
A w żużlu detale decydują o wszystkim. Dobrym przykładem była sytuacja z naszego ostatniego meczu w Rzeszowie, która pokazuje, że trzeba zachować czujność w każdej sekundzie. Sędzia przerwał bieg z powodu nierównego startu, ale czerwone światło zapaliło się dość późno. W międzyczasie na tor upadł junior gospodarzy, Adrian Przybyło. Błyskawicznie zorientowaliśmy się, że powodem przerwania nie był ten upadek, lecz właśnie nierówny start. W takiej sytuacji, zgodnie z regulaminem, zegar bije nie dwie minuty, a tylko jedną. Akurat w Rzeszowie dojazd z parku maszyn na pola startowe jest chyba najdłuższy w całej lidze. Dzięki temu, że w porę wyłapaliśmy ten fakt, nasi zawodnicy zdążyli pod taśmę bez niepotrzebnego stresu i bez skracania drogi przez murawę. Jesteśmy na takie rzeczy szczególnie uczuleni, mając w pamięci naszą niedawną historię z meczu w Krośnie, gdy tych kilku sekund zabrakło.
W naszym obecnym modelu współpracy - czyli trener, menedżer i kierownik drużyny - w trójkę pracuje się po prostu łatwiej. Dzięki temu trójpodziałowi zadań obowiązków jest optymalna ilość, co pozwala na wykonywanie swojej pracy z należytą starannością i najwyższą jakością.
Dynamika i szybkość podejmowanych działań z pewnością są sporym wyzwaniem szczególnie gdy przy tym trzeba zachować spokój. Jak radzisz sobie ze stresem w takich sytuacjach?
To pytanie słyszę ostatnio dość często - nawet w klubie pytano mnie ostatnio, jak odnajduję się w nowej roli i czy to dla mnie stresujące. Moja odpowiedź bywa dla wielu zaskakująca: nie stresuje mnie to w ogóle. Wynika to ze specyfiki mojej pracy zawodowej, w której na co dzień mam do czynienia z dużą odpowiedzialnością i presją. Na tym tle rola kierownika drużyny nie generuje u mnie negatywnego stresu.
Oczywiście, mecze są niezwykle wymagające pod względem emocjonalnym. Wszyscy chcemy wygrywać, tworzymy jeden zespół, więc wspólnie przeżywamy sukcesy i porażki. Żyjemy tymi spotkaniami na długo przed ich rozpoczęciem. Czasami przedmeczowe myśli są tak intensywne, że noc wcześniej - mimo planów, by położyć się wcześniej spać - po prostu nie mogę zasnąć i śpię bardzo mało.
Jednak w trakcie samych zawodów zamiast stresu pojawia się czysta adrenalina i rodzaj pozytywnego pobudzenia, które motywuje do szybkiego działania. Nigdy nie miałem momentu strachu, zagubienia czy niepewności. Tak jak wspomniałem, wystarczająco dużo wyzwań mam w życiu zawodowym, a żużel wciąż traktuję jako odskocznię i ogromną przyjemność. Pewnie dlatego dominują u mnie tylko te dobre emocje.
Z twoich obserwacji wewnętrznych jak oceniasz rozwój klubu w ostatnich latach i czy uważasz, że odbiór zewnętrzny działalności PSŻ Poznań jest postrzegany pozytywnie?
Ta moja historia z poznańskim żużlem nie jest zbyt długa ale bardzo intensywna i myślę, że klub rozwija się bardzo dobrze patrząc chociażby po ilości osób jaka pojawia się na meczach tak jak w długi czerwcowy weekend gdzie podczas meczu z Polonią Piła mieliśmy komplet i nie było wolnego miejsca do siedzenia. Ten żużel poznański się rozwija także pod kątem sportowym co widać po wynikach i fajnie, że mamy mocną drużynę mimo, że początek sezonu mógł trochę zafałszować obecny obraz ale było to podyktowane tym, że chłopaki nie mieli dostępu do swojego toru ze względu na przedłużającą się modernizację obiektu na Golęcinie.
Obecny sezon ligowy układa się wyśmienicie dla Hunters PSŻ Poznań, który w momencie naszej rozmowy zajmuje pozycję wicelidera tabeli Metalkas 2 Ekstraligi z czternastoma punktami na swoim koncie pewnie zmierzając do fazy playoff. Czy twoim zdaniem drużyna z Golęcina jest w stanie namieszać w rundzie finałowej?
Wybiegając myślami w stronę sierpnia i września, staram się jeszcze nie zakładać, że na pewno pojedziemy w półfinale czy finale. Żużel to sport niezwykle przewrotny. Jak mawia jeden z komisarzy toru: taśmy czy defekt w meczu mogą całkowicie odwrócić losy spotkania. Podobnie jest z kontuzjami, jak choćby uraz Kacpra Pludry w meczu z Ostrowem. Wyrwanie jednego ogniwa potrafi osłabić zespół na tyle, że mecze dotąd wygrywane „na styku” nagle zaczynają uciekać, bo tych kilku punktów po prostu brakuje.
Z drugiej strony, jeśli tylko utrzymamy obecną formę i omijać nas będzie pech, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zameldujemy się w czołowej czwórce. Do play-offów podchodzę z rezerwą, ale i z dużym optymizmem, bo ten zespół, poza solidnymi zawodnikami, ma dodatkowo ogromny atut w postaci atmosfery.
Obserwuję chłopaków na co dzień w parku maszyn i widzę, że jest to prawdziwa drużyna, a nie tylko zbiór indywidualności. Zawodnicy dużo ze sobą rozmawiają, wymieniają się uwagami o torze, ustawieniach, ścieżkach, polach startowych, a mechanicy różnych teamów pomagają sobie nawzajem. Ten team spirit jest u nas niezwykle silny. Chociaż zachowuję chłodną głowę, to głęboko wierzę, że nasz sezon zakończy się możliwie jak najpóźniej - czyli na przełomie września i października.
Na koniec chciałem Cię zapytać o twoją nie żużlową stronę życia a mianowicie czym się zajmujesz zawodowo na co dzień i jak lubisz spędzać swój wolny czas?
Z wykształcenia jestem inżynierem systemów informatycznych i od kilku lat pracuję jako dyrektor wykonawczy w dziale inżynierii dużego, globalnego banku inwestycyjnego. Praca zawodowa zajmuje ogromną część mojego życia. Nie ukrywam, że mocno się jej poświęcam i mam w sobie coś z pracoholika.
Jeśli chodzi o zainteresowania, to szeroko pojęty motorsport jest moją ogromną pasją już od wczesnych, młodzieńczych lat. Od 2001 roku namiętnie śledzę Formułę 1, bardzo bliskie są mi też rajdy WRC - mieszkając swego czasu w Finlandii, miałem niesamowitą przyjemność oglądać rundy mistrzostw świata na żywo.
Żużel idealnie wpisał się w te motoryzacyjne zainteresowania, stając się od paru lat moją główną odskocznią. Pozwala mi skutecznie oczyścić głowę i całkowicie odciąć się od myślenia o obowiązkach zawodowych. Działa to na mnie genialnie. Zaangażowałem się w pracę dla klubu tak mocno, bo czuję, że to właśnie czarny sport daje mi upragnione wytchnienie. Gdyby nie aktywność na Golęcinie, nie wiem, co innego mogłoby mi dać tak skuteczny work-life balance i siłę do dalszego działania na co dzień.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze